Grissom Street, 2005-07

Ponieważ na blogu nr 1 wrzuciłam nową wersję tegoż
I ponieważ już sama nie wiem, ile jest która warta
to tutaj – ta stara, choć nie najstarsza, już po poprawkach.

Proszę.

 

Grissom Street

Aż tylu Książąt dostojnych

Sami Komesi, Grafowie,

Rycerze!

Tak przecie mężni i hojni;

Gdzie skrywasz ich, Śmierci? Powiedz!

Gdzie strzeżesz?

 

Jorge Manrique, Coplas, przeł. A. Nowak

 

 

ROZDZIAŁ I

 

Fran

 

 

W jednym z koszmarów, które nie dawały jej spać od tygodni, Fran Conway walczyła z burzą, wdzierającą się przez okno do ich sypialni. Uczepioną okna, targał nią wiatr, deszcz młócił prosto w twarz a wściekłe gałęzie jodeł i świerka rosnącego pod oknem dobijały się do jej szyb. Deszcz był ciężki i gorący, słodkawy; czuła jego smak w gardle jak smak krwi.

Na wpół przebudzona zorientowała się, iż rzeczywiście ma w ustach pełno krwi z rozciętej wargi – jak można rozciąć sobie wargę we śnie? Wstając do łazienki, by przepłukać usta, usłyszała znów ten uporczywy dźwięk: drapanie jodłowych gałęzi o szybę, suche i drażniące. Odwróciła się do okna, nie podnosząc firanki, nawet nie zapalając światła i wtedy znowu to zobaczyła, choć koleżanki powtarzały jej wielokrotnie, że to tylko przemęczenie, a ona sama czuła się tak zażenowana, że nigdy nawet nie wspomniała Davidowi o tym czymś – choć przecież to coś tam było, ten ktoś raczej, za oknem na parterze w ich domu na peryferiach Newtown, blada twarz, może kobieca, ręce o szczupłych palcach, stojąca pod drzewem, w miejscu drzewa, pod jodłą w ich ogrodzie, pod oknem domu jej i Davida.

Odwrócona tyłem, unikając okna wzrokiem, przeszła do łazienki, zapalając światło we wszystkich mijanych pomieszczeniach. Kiedy wróciła, położyła się natychmiast, przykrywając głowę kołdrą i nie myśląc o tym czymś więcej. Zasnęła po chwili – przywykła do kierowania myśli na inne tory, kiedy tylko to przychodziło do jej głowy. Nie czekała na Davida- wiedziała, że nie przyjdzie. Kiedy praca nad nową książką pochłaniała go całkowicie, nie kładł się nocą nawet tygodniami; za to kiedy po południu wracała z pracy, zwykle spał – w swoim gabinecie, z głową na biurku- tak twardo, że nawet nie próbowała go budzić.

Wstała późno, rozdrażniona i niewyspana i zeszła na parter, do kuchni, zjeść śniadanie. Już na schodach dogonił ją zapach, którego w pierwszej chwili nie przypomniała sobie, choć przecież powinna była skojarzyć od razu: duszne dni wczesnego lata, godziny w ciasnym studiu, gdzie pracowali, cień potarganych włosów Ricka Stone’a na tle szyby… otwartego okna, wychodzącego na zaniedbane podwórze, skąd dobiega ten zapach, słodki, nienawistny zapach krzewów ligustru w słoneczny dzień. Gałązki, najwyraźniej świeżo ułamane z żywopłotu któregoś z sąsiadów – dom Conwayów otaczał szpaler nisko przyciętych krzewów tui i śnieguliczek- stały w kulistym wazoniku z nieprzejrzystego szkła, w miejscu, gdzie nie mogła ich nie zauważyć. Na jej stole, w jej kuchni, w jej domu- zorientowała się nagle, że za moment zacznie krzyczeć do pustych ścian – w wazonie, który od lat stał głęboko w dolnej szafce kredensu, bo nie chciała dotykać go nawet po to, żeby wyrzucić, rozpychały się brudnobiałe kiście, a cała kuchnia, całe powietrze były pełne ich mdlącej woni. Ostrożnie, wzdrygając się przy dotknięciu, wyjęła je z wody; omal nie wyślizgnęły się z jej dłoni, kiedy niosła je przez całą kuchnię do wiklinowego kosza na śmieci. Gałęzie zaczepiły się o plastikowy worek w pojemniku; próbowała wepchnąć je do śmietnika, ale zapierały się jak żywe, z całych sił. W końcu, złamane, wcisnęła na dno i zamknęła pokrywę kosza; niczym śniąca, przeszła z powrotem do stołu i podniosła wazon, pełen wody szarawo połyskującej przez szklane ścianki. Przechyliła go; trochę cieczy spłynęło po ściankach, plamiąc jej pantofle. Nad dnem kuli biegł napis, zawsze pamiętany: Własność Cesarskiej Agencji Wywiadu, Grissom Street 13C; poniżej, naśladując odręczne pismo Richarda Stone’a, wygrawerowano: dla Frannie, mjr Frost, drogiej Tricii.

Przez chwilę wpatrywała się w naczynie, nie widząc go; czuła drżenie własnych dłoni. Chlusnęła wodą do zlewu, a potem schowała wazon z powrotem na dno kredensu. Nie jestem dość silna, pomyślała nagle. Nie mam dość woli, by to wyrzucić. To i wszystko, co się z tym wiąże.

Dziwne, że dopiero w tej chwili pomyślała o kimś, kto poświęcił tyle czasu i starania, by zastawić na nią tę pułapkę w samym sercu jej bezpiecznego domu.

David musiał pracować albo już spał; nie słyszał Fran, dławiącej się płaczem na środku kuchni.

 

* * *

 

Do pracy przyjechała późno, zła na siebie; niemal na pewno nie zdąży już dziś opracować pytań do planowanego od tygodni wywiadu z Luigim Alzano. Sławny kreator mody rzadko udzielał się publicznie, a na wywiad dla Arlene zgodził się wyłącznie ze względu na fakt, iż chciał poznać osobiście Fran Conway. Nie, pomyślała Fran, nie mnie. Frannie Zunigę. Frannie Zunigę, znaną jako Tricia Frost, oficer Wywiadu Cesarskiego, zastępczyni Pułkownika Willa O’Connora z biura przy Grissom Street 13C. Nic to, pocieszyła się w duchu; ja sama, kiedy poznałam Davida, byłam zainteresowana głównie jego powieściami, a nie nim samym; chciałam porozmawiać z autorem Odmieńców, a nie z Davidem Conwayem.

– Frannie? – w drzwiach jej maleńkiego pokoiku, szumnie zwanego biurem, stała Chris Jolene – Mogę?

Weszła nie czekając na potwierdzenie. Jej krótkie czarne włosy, czerwono pomalowane na końcach, były starannie ułożone – już samo to powinno ostrzec Fran przed niebezpieczeństwem.

– Widzisz – Chris opadła na krzesło i przeciągnęła się leniwie- mam dzisiaj randkę.

Fran czekała cierpliwie na dalszy ciąg, przeczuwając nadciągające kłopoty.

– Nie chcesz wiedzieć z kim? – spytała w końcu Chris, znudzona czekaniem.

-No? – udała zainteresowanie.

– Z Tomem, wiesz, tym z telewizji. Próbowałam od miesięcy, a wczoraj wieczorem zadzwonił i… no wiesz – zachichotała – Mamy spotkać się dziś o siedemnastej w Gwieździe Południa, a jak ostatnio była twoja siostra, to popilnowałam dzieciaków…

– Czyli? – Fran postanowiła skończyć z zagadkami.

– Mam zrobić wywiad do następnego numeru. Umówiłam się z facetem na dzisiaj, no bo nie wiedziałam, że tak mi się uda z tym Tomem i…

– I…

– I ktoś musi ten wywiad zrobić za mnie.

Tylko tyle, odetchnęła Fran z ulgą. “Tylko tyle” oznaczało kilka dodatkowych dni roboty, ale skoro David miał fazę… i skoro jej siostra nie zapowiadała się ostatnio z wizytą… i skoro, podpowiedział jej bezlitośnie wewnętrzny głos, tak źle jej było we własnym domu… to właściwie czemu nie? Dziennikarstwo wciąż było dla niej jak nowa zabawka; wykorzystywała każdą okazję do nauki.

– No dobrze – westchnęła – Zgadzam się, ale ostatni…

– Pomyślałam, że się ucieszysz – kontynuowała Chris – to podobno fajny facet, komunikatywny, Linda mówiła, że bardzo miły. Zresztą – palnęła się w czoło – co ja ci będę gadać. Musisz go znać. Graliście razem.

W pokoju nagle zrobiło się zimniej.

– Gdzie? – zapytała Fran cicho, spokojnie.

– Gdzie co? Aa, o szóstej, w dawnym studiu Fabric, tam jest teraz klub, zresztą odlotowy, byłaś? Nieważne, na pewno pamię…

– Gdzie graliśmy razem? – głos Fran nadal był spokojny, pełen lodowatej, niewyczuwalnej dla nikogo poza nią samą paniki.

– No jak to gdzie?! – Chris była wręcz oburzona – w tym, wybacz, koszmarnym serialu o ufolach i superagentach… panno Frost. Miałam zrobić z nim wywiad a propos…

– Z kim?

– Na litość boską, Frannie, co się z tobą…

– Chris – głos Fran ociekał słodyczą – aniołeczku, w Grissom Street grało w sumie kilkudziesięciu facetów. Czy możesz mi łaskawie wyjawić, o którego chodzi?

Boże spraw, żeby to był któryś z chłopaków od epizodów, który potem zrobił karierę.

– Nie powiedziałam ci? Ale ze mnie dupa! – Chris roześmiała się zbyt głośno – Zaraz, jak on się nazywa? Wiesz, nie pamiętam tych gwiazd seriali sprzed tylu lat, zresztą nienawidzę fantastyki… No, ten brunet, zielone oczy… Ten Marsjanin, no, zaraz… aha, Schlonsky, Steven Schlonsky.

– Robin Schlonsky – poprawiła odruchowo Fran – Steven miał na imię pułkownik Trivain. Bohater serialu – objaśniła widząc nic nie rozumiejącą minę Chris.

– Aha – stwierdziła Chris – co mi tam. Ten Robin, Steven czy jak go zwał… masz na niego czekać w klubie. O osiemnastej. Masz się nie spóźnić, powiedziała szefowa.

Mnie to nie grozi, pomyślała Fran, zachowując jednak tę uwagę tylko dla siebie.

– I macie rozmawiać o UFO – dodała surowo Chris – Dobrze się czujesz?

Podejrzewała, że na jej twarzy widać wyraźnie zimne przerażenie, które ją ogarnęło. Czemu nie, wrzeszczał głos w głowie Fran. Spotkaj się ze Schlonskym, będzie super, zwłaszcza w twoim obecnym stanie psychicznym. Najlepiej w dawnym budynku Fabric. Może jeszcze zabierz zdjęcia z serialu… i wazonik; pogadacie sobie o UFO, a potem powspominacie dawne czasy. Fascynująca perspektywa. Potem możesz się spakować i prosto do wariatkowa.

– No to cześć i dzięki – długa spódnica Chris zafurkotała w przejściu i Fran została sama ze swoją wściekłością na samą siebie i swoim strachem.

 

 

* * *

 

Kiedy wróciła do domu, w lewej ręce siatka z zakupami, w prawej torebka, David kręcił się po kuchni, jak zwykle w towarzystwie kota. W wyciągniętych dżinsach i czarnej podkoszulce z napisem I AM NOT HUMAN, z włosami w nieładzie, nie wyglądał na swoje lata. Był w dobrym humorze, zauważyła od razu; na powitanie cmoknął ją głośno w usta i oświadczył:

– Gdzieś ty była, kiedy za tobą tęskniłem? Poleciałaś po te zakupy na Marsa, czy co?

Fran uśmiechnęła się z wysiłkiem.

– Lepiej nie rób roMandycznych planów na wieczór – westchnęła – Mam dodatkową fuchę, za dwie godziny muszę wyjść.

– Cóż – David starał się nie wyglądać na zawiedzionego- i tak zamierzałem spędzić tę noc z Daną.

Dana Quincy była główną bohaterką książki Davida i zajmowała mu ostatnio dziewięćdziesiąt procent czasu. Fran podejrzewała, że jej mąż czasami nienawidzi Dany co najmniej tak samo jak ona sama.

– Zdradzaj mnie tak dalej – zagroziła – a…

– A co? – spytał, obejmując ją ramieniem; jego dłoń bawiła się jej włosami, usiłując zdjąć kolorową gumkę, przytrzymującą kucyk.

– A pożałujesz – dokończyła, wysuwając się z jego objęć i podchodząc do kuchenki – Jest coś do zjedzenia?

– Zupa cebulowa z puszki i grzanki – oświadczył David. Pomyślała przez moment z czułością o uśmiechu na jego opalonej twarzy. Zapomniała o niewidzialnym wrogu, wywlekającym na światło dnia jej sekretne lęki, czającym się w nocy pod ich domowym drzewem. David zrobił krok w jej stronę i nagle na jego twarz nałożyły się inne rysy, dobrze znane: ten sam uśmiech, ale oczy inne, ciemniejsze, rude loki dookoła bladej twarzy; szczupła sylwetka, chyba trochę drobniejsza, podpowiedziała pamięć, zielona koszulka polo… ale spodobałby mu się ten napis. Gdyby mógł go przeczytać. Gdyby żył.

Kiedy się ocknęła, leżała na podłodze okryta kocem, a David rozmawiał z kimś przez telefon.

– Niestety, mnie też jest bardzo przykro… Tak… Tak… Tak? To może… zresztą nie, to byłoby bezczelne z mojej strony… Naprawdę? Cóż, jeśli pan sam to zaproponował… Cieszę się. Tak. Znacie się, prawda? Dziesięć lat? Tak, będziemy czekać. Tak, proszę podać adres Mackie’s Field 45; ceglany dom z niedorobionym żywopłotem. Panie Schlonsky? Cieszę się na nasze spotkanie. Tak. Do widzenia. Czekamy.

Odwrócił się do Fran, dopiero teraz zauważając, że wstała.

– Hej. Jak się czujesz? – spytał ciepło – Nie wiedziałem, że potrafisz zemdleć na zawołanie.

Popatrzyła na niego nic nie rozumiejącym wzrokiem.

– Zanim zemdlałaś – podszedł i usiadł obok niej, otaczając ją ramieniem – powiedziałem, że wolałbym, żebyś dostała nagłej grypy i posiedziała ze mną w domu. Popatrzyłaś na mnie dziwnie… i sekundę później zbierałem cię z podłogi. Nie wiedziałam, że aż tak nienawidzisz robienia wywiadów.

Jego śmiech odbijał się od szklanej skorupy otaczającej jej myśli.

– Fran – spoważniał – skarbie, co ci jest? Może powinniśmy pojechać do lekarza? Jeżeli to coś poważnego…

– David – zapytała, słysząc swój głos jakby z innego pokoju – skąd wiedziałeś, z kim mam się spotkać? Przecież ci nie mówiłam, no bo kiedy….

– Miałaś adres tego klubu z adnotacją: “Osiemnasta, UFO!!!” napisany szminką na okładce notesu. Zadzwoniłem tam, kiedy już odzyskałaś przytomność i zapytałem, kto jest umówiony z dziennikarką z Arlene.

– Jak to kiedy odzyskałam…

– Frannie – spoważniał – zemdlalaś pół godziny temu. Ocuciłem cię; powiedziałaś, że wszystko jest w porządku i zasnęłaś.

– Jak to zasnęłam? – zapytała, nie pamiętając nic z tego, co do niej mówił.

– Zasnęłaś. Wtedy tam zadzwoniłem. Niezbyt chętnie, ale podali mi telefon do agentki pana Schlonsky’ego… a ona, słysząc moje nazwisko, najpierw spytała: Ten David Conway?, a potem pozwoliła mi z nim pogadać. Powiedziałem, że zasłabłaś i nici z wywiadu… a on na to, że się znacie od dawna i że i tak chciał kiedyś wpaść i równie dobrze może to być teraz. Podobno był przekonany, że ten wywiad ma zrobić jakaś idiotka, która pomyliła go z bohaterem serialu…

Fran nie mogła się nie uśmiechnąć.

– No to podałem mu nasz adres – kontynuował David – i mamy się go spodziewać koło wpół do siódmej. Nieźle, wreszcie poznam jakąś gwiazdę telewizji – zachichotał – Chcesz się napić czegoś zimnego?

Nie czekając na odpowiedź wstał i wyjął z lodówki butelkę z resztą wody mineralnej, którą rozlał do dwu wysokich szklanek.

– Najpierw odpocznij i coś zjedz – uprzedził jej pytanie – a potem zrobię ci jakiegoś drinka.

– Zrób mi teraz – głos Fran nie zabrzmiał ani w połowie tak zdecydowanie, jak by chciała.

– Żebyś znowu wylądowała na podłodze, tym razem z innych powodów? O nie, moja pani, nie ma mowy. Odpocznij, prześpij się jeszcze godzinkę. Wracam do Dany, muszę ją wsadzić do samolotu do Moskwy, ale najpierw… możesz wstać? Pójdziemy do twojego pokoju… o tak, spokojnie…

Prowadził ją jak małą dziewczynkę po schodach do jej gabinetu na górze, do pokoju z widokiem na ogród i stare jodły przed domem; położyła się jak kazał, okryta pledem po szyję mimo ciepłego dnia. Kroki Davida, schodzącego na parter i jeszcze niżej, do pracowni – piekiełka, jak nazywała je Fran, otwarły drogę wszystkim koszmarom ostatnich dni. Zasnęła i śniła, że leży w swoim pokoju i patrzy w ciemniejące zarysy drzew za oknem.

W ciszy domu trzy godziny później obudził ją własny głos.

Krzyczała i błagała o pomoc, z rozpaczą zaklinając przyjaciół, by ją ratowali, by nie pozwolili jej ześlizgnąć się głębiej w ten koszmar, który czaił się dookoła w zamieszkanych przez demony kątach. Wspomnienia zawładnęły nią całkowicie: lato. Strumień rozlany na drodze zbyt szeroko, by mogli wrócić do Newtown. Domek Ricka na pustkowiu, gdzie mieli kręcić historię o opętaniu Electry Walker przez złe moce. Iggy Darkin – Electra, w upiornej charakteryzacji. Chris Walter potrząsa rudymi włosami w trakcie setnej tego dnia sprzeczki. Ktoś puka do drzwi. To się zaraz zacznie. Te, prawie jedenaście lat temu, cztery dni i trzy noce, po których oni, ich… Te dni, które zabrały ją na miesiące spośród ludzi i postawiły twarzą w twarz z grozą utraty zmysłów. Dni, kiedy własna pamięć ją zdradziła. Słyszała echo tamtego czasu w płaczącym głosie; ten rozpaczliwy krzyk dobiegał z dołu, z parteru jej własnego domu. Po chwili dołączył do niego drugi głos, potem trzeci. Śmiały się. Dwaj mężczyźni, siedzący na dole, słuchali jej błagań o pomoc i śmiali się serdecznie.

Wstała, trzymając się ściany, a potem powoli, krok za krokiem, poszła śladami swego głosu w dół po schodach. Po jej ładnej twarzy o wyrazistych kościach policzkowych płynęły bezsilnie łzy.

Była siódma wieczorem. W pokoju gościnnym jej mąż i Robin Schlonsky zwijali się ze śmiechu przed telewizorem, oglądając scenę, w której mjr Tricia Frost wyczuwa obecność marsjańskiego Ducha Zła w mrocznej jaskini gdzieś w górach Europy Wschodniej.

– Ty to napisałeś? – David był już ze Schlonskym w najlepszej komitywie – Naprawdę?

– Uważasz, że to aż takie złe? – Schlonsky, sporo po pięćdziesiątce, niewiele się zmienił, poza tym, że zamiast charakterystycznego kucyka Steven Trivaina miał teraz krótko ścięte siwiejące włosy – Jako pisarz – prawdziwy, my byliśmy amatorami – masz prawo…

– Nie, czemu?! – David zaprotestował głośno- Uwielbiam takie historie. Gdyby mi żona nie zabraniała – rzucił, zauważając Fran schodzącą do nich – oglądałbym to bez przerwy. Napijesz się jeszcze? Byłem waszym największym wielbicielem – kontynuował z entuzjazmem – jeszcze niedawno żałowałem, że nie pochodzę z Marsa… albo przynajmniej nie znam żadnego Marsjanina.

– No to już znasz – Schlonsky zaczął się śmiać – bo zawsze podejrzewaliśmy, że to Frannie jest pozaziemskiego pochodzenia…

– Przestań – głos Fran był bezbarwny, zimny – Przestań mi to robić, proszę.

Davida na moment zamurowało. Patrzył na nią nic nie rozumiejącym wzrokiem – czuła się jak intruz, przeszkadzający w rozmowie dwójki starych przyjaciół. Muszę się uspokoić, powiedziała sobie, nie dać im poznać, że to… Kiedyś go lubiłam, pomyślała, wpatrując się w szczupłe palce Schlonsky’ego trzymające szklaneczkę. Był… dobrym kumplem. Starszy o prawie dwadzieścia lat, przed czterdziestką, kiedy zaczynaliśmy. Przez całe sześć lat opiekował się nami, patronował, bronił przed szalonymi pomysłami Ricka Stone’a, godził spory między nami, producentem a Davidem Mitchellem, gwiazdą nr 1, z którym mimo to potrafił pozostawać w czymś w rodzaju przyjaźni. Wydawał się jedyną ostoją w tym młynie, jakim bywała praca nad Grissom Street. Nie miał ciętego poczucia humoru swego ekranowego wcielenia, Stevena Trivaina; jego stosunek do kolegów był za to pełen ciepła i wyrozumiałości. Chciał być lubiany… i dawał się lubić. Nie mogę na niego patrzeć.

– Frannie? – Schlonsky wstał z fotela i podszedł do niej; bezceremonialnie położył jej dłoń na czole, jak dziecku – Dobrze się czujesz?

Nie.

– Tak, jasne, Rob. Nic się nie stało. Daliście się nabrać, co?

Sama zdawała sobie sprawę, że jej słowa brzmią fałszywie, ale Schlonsky i David najwyraźniej postanowili wziąć to za dobrą monetę… albo żaden z nich nie znał jej na tyle, żeby odróżnić prawdę od fałszu.

– Skarbie, połóż się – David objął ją ramieniem – a na wywiad umówicie się następnym razem. Nie przeszkadza ci to? – spojrzał na Schlonsky’ego, który potrząsnął głową – No to wszystko gra. Może zrobimy ci miejsce na sofie i pogapisz się z nami w telewizor?

– Założę się, że nie oglądałaś tego od wieków – Robin wskazał na ekran; w stop-klatce widziała swoją twarz, dziesięć lat młodszą, wykrzywioną grozą – a przynajmniej tak twierdzi twój mąż. Nie złość się, Frannie – uśmiechnął się, widząc jej błagalne spojrzenie – wierzę, że mogłaś znienawidzić Tricię Frost. Ja też nienawidziłem Stevena Trivaina. Przez moment. Potem mi przeszło. A Dave, jak wiesz, nienawidzi Pułkownika O’Connora tak bardzo, że rozwiódł się z żoną, zbudował na pustyni dom i przeprowadził się tam w towarzystwie rówieśniczki swojej córki. A więc Triss, nie jesteś najgorsza…

Nie Triss, pomyślała.

– Słuchaj – powiedział David, nagle poirytowany – jeżeli ona chce się zachowywać jak na własnym pogrzebie, to dlaczego mamy jej przeszkadzać? Jest osłabiona, rozdrażniona, przepracowana – kiedy jej się znudzi, po prostu zaśnie. I dobrze jej to zrobi, prawda, kochanie?

Prawda, kochanie. Wszystko jest lepsze od samotności w Pokoiku z Potworami.

Otulona kocem, zasnęła w chwili, kiedy Steven Trivain, z kucykiem i marsjańską Księgą Pieśni odpędzał Ducha Cieni od nieprzytomnego Pułkownika O’Connora.

Na granicy jej snu głos Davida powiedział:

– Już nie wiem, o co chodzi. Nie rozumiem.

W tym głosie było tyle smutku i rezygnacji, że przestraszyłoby to ją naprawdę, gdyby nie ciężar powiek, nie do udźwignięcia, gdyby nie ciepło własnego ciała, zniewalające i leniwe…

– David – głos Schlonsky’ego, jak na dalekich falach radia – może dobrze, żeśmy się poznali akurat teraz. Z nią coś się dzieje, prawda?

I po chwili milczenia, znów Schlonsky, spokojnie:

– Możesz mi powiedzieć, znam ją dłużej niż ty.

David mówi, monotonnie, rzeczowo, jakby zdawał raport z trudnego przypadku psychologicznego- chyba studiował przez moment psychologię, mówił jej kiedyś – że rozdrażniona, niespokojna… może depresja, reakcje histeryczne… ucieczka od wspomnień… Jego słowa odbijają się niewyraźnym echem w głowie… gubię je, myśli Fran, nie słyszę, nie rozumiem…

Ten ktoś spod drzewa jest tam znowu.

Czy ta myśl – pewność – czy zmiana tonu głosu wyniosła ją na moment ponad obszar płytkiego, męczącego snu. Teraz mówił Schlonsky, też spokojnie, cicho; opowiadał jakąś historię, której nie pamiętała.

-…lato. Miałem dojechać za parę dni z resztą ekipy; Frannie pojechała od razu na początek, z Iggy Darkin, Stone’m, Mitchellem i Chrisem Walterem. Iggy i Chris trenowali wspinaczkę, dosyć amatorsko… i dość brawurowo. Było gorąco, ale mokro, deszcz padał całe przedpołudnie. Słuchaj, to było totalne pustkowie: chatka Stone’a, las, jakieś skały i potok, który wylał. No więc Chris – Frannie i on byli sobie bardzo bliscy, nie wiem, czy byli parą, ale na pewno przyjaciółmi – i Iggy poszli się wspinać, czy raczej popisywać się przed sobą nawzajem. Iggy wylazła wysoko, Chris chciał ją dogonić, ta go jeszcze podjudzała… no i odpadł w pozornie bezpiecznym miejscu, dziesięć metrów w dół.

– Słyszałem o jego śmierci – znowu David, pewnie jak zwykle – dlatego przestaliście…

– Tak, ale to nie koniec. Nie sądzę, żebyś słyszał o wszystkim. On nie umarł, nie od razu. Był nieprzytomny, nie wiedzieliśmy, co sobie uszkodził, ale żył. Iggy była w szoku, obwiniała się, spazmowała, nie można jej było spuścić z oka. Nie mieliśmy łączności, to było jeszcze łądnych parę lat przed komórkami. Frannie została pilnować ich dwojga, a Mitchell i Stone pojechali autem Dave’a po pomoc…

– Ale strumień wylał- dopowiedział David.

– Tak. Ugrzęźli w połowie drogi, nie mogli ani jechać dalej, ani się cofnąć. Czekali tam cztery dni. Kiedy w końcu pomoc dotarła, Chris nie żył od dwóch dni, Iggy kołysała się na podłodze pogrążona w jakimś transie, a twoja żona…

Nie chciała dłużej tego słuchać, ale sen nie chciał jej wypuścić.

– Czy… coś się jej stało? – znowu David, z ciekawością.

– Miała wysoką gorączkę, zapalenie opon mózgowych, jak się okazało. Jakiś czas przedtem spędziliśmy kilka dni w lasach, wszyscy skarżyli się na plagę kleszczy… Teraz słuchaj: Frannie była przekonana, że ich zdradziliśmy. Że Mitchell i Stone w ogóle nie pojechali po pomoc, że ja wchodziłem do chaty pod ich nieobecność, żeby z niej drwić… I to nie wszystko. Miała halucynacje, majaczyła od gorączki, bo przecież kto miał się nią zająć? Była przekonana – opowiadała o tym po chorobie- że Chris zginął zamordowany… a my, no cóż, uchodziliśmy w jej oczach za wspólników zabójcy – demona. Zapomniała o wypadku na skale, powtarzała tylko w nieskończoność opowieść o pukaniu do drzwi: Iggy otwiera, Chris siedzi przy oknie chatki, w drzwiach staje ciemny kształt… i tu już zwykle cała się trzęsła. To trwało miesiąc, rozumiesz?! Przez miesiąc na mój widok – mój, Stone’a, Davida, kogokolwiek z nas – zaczynała krzyczeć albo wzywała strażników. Dopiero kiedy zwalczyła ostatnie ślady choroby, zaczęła się powoli przekonywać, że to nie tak. Spotkaliśmy się raz, drugi… Przeprosiła nas za wszystko, nikt się zresztą nie pogniewał. To ona była w tym wszystkim najbardziej przerażona – zawsze wydawała się, przede wszystkim samej sobie, racjonalna, poukładana… a nagle poczuła przebłysk szaleństwa; była, musiała być nie tylko pełna lęku, ale upokorzona… złamana. Jej własny umysł odmówił jej posłuszeństwa- wiesz, o czym mówię? Trudno jej się było uporać z tym nowym obrazem siebie samej – z tą kobietą, która wyłaniała się z opowieści lekarzy i adwokatów, tłumaczącą policji, że David Mitchell pił ludzką krew na jej oczach, że ja ją gwałciłem podczas jakiegoś mrocznego obrzędu, że widziała na własne oczy wkroczenie demonów… Nie, nie zmyślała. Była ciężko chora, obok niej umierał bez pomocy bliski przyjaciel, a ona nie miała nawet sił, by zrobić cokolwiek dla niego… ani dla biednej Iggy, która obwiniała się o to wszystko. Lęk, oczekiwanie na pomoc, która powinna była dotrzeć po paru godzinach, a przybyła po czterech dniach, rozpacz, bezsilność, wreszcie gorączka… wystarczyło, by wywołać demony. Wiem o tym nie tylko od niej – przede wszystkim od prawników, policjantów, lekarzy który uczestniczyli w śledztwie w sprawie śmierci Chrisa… Nie bardzo wiedzieli, jak ją potraktować. Kiedy nas oskarżyła, powiedziano nam o jej zarzutach. Potem, gdy już czuła się lepiej, rozmawialiśmy o całej sprawie – w możliwie najbardziej zawoalowany sposób – i opowiedziała nam sama kilka faktów. Te wspomnienia były piekielnie realistyczne, nie wiem, czy ja bym sobie z nimi poradził. Wyzdrowiała i do tego wszystkiego doszły, podejrzewam, wyrzuty sumienia za te oskarżenia wobec nas. Chyba z ulgą przyjęła decyzję, że nie kręcimy dłużej bez Chrisa i Iggy. Później dowiedziałem się, że w ogóle zrezygnowała z aktorstwa. Pożegnaliśmy się… i nie widziałem jej jedenaście lat. Nie mówiła ci o tym, prawda?

Płynęła w tym ciemnym śnie, gałązki ligustru kłębiły się w wazoniku od Ricka Stone’a, ktoś, kto mieszkał pod drzewem, układał je starannie w pachnącą pułapkę w jej domu, który przestawał być jej.

– Ja też nie wszystko jej powiedziałem.. nie o wszystkich – David, bez lęku, jak do przyjaciela.

Zapadła w tę pułapkę miękko i cicho, jak w piasek ze snów.

 

* * *

 

Myśl, krążąca w jej głowie od tygodni, wreszcie uświadomiona, wyrwała ją z rozmyślań przy śniadaniu – samotnym, David był z Daną – dwa dni później. To był rozbłysk, piorun rozrywający duszne powietrze i przynoszący ze sobą burzę, odświeżenie, zmianę.

– Nie wariuję – powiedziała głośno znad szklanki z herbatą i kanapek z pomidorem na porcelanowym talerzyku – To się dzieje naprawdę.

Tak, była tego pewna. To nie demony, jak wtedy, nie duchy umarłych ani zmory grożącego jej szaleństwa. Ktoś to robi naprawdę. Ktoś chodzi po jej kuchni, stoi nocami pod jej oknem w ogrodzie, zakrada się do jej domu, wywlekając budzące w niej lęk pamiątki. To nie przywidzenia, to tylko ktoś pragnie, by tak myślała – ktoś, wróg. Mam wrogów. Chcą, żebym się bała, żebym sobie przypominała, jak bałam się kiedyś, żebym cierpiała. Wystarczą tylko wrogowie – i zbiegi okoliczności, jak to spotkanie ze Schlonskym po latach – i mogę zacząć obawiać się ludzi. Kogoś, kto chce mnie skrzywdzić; kogo ja mogę skrzywdzić, zranić, zabić, zamknąć do więzienia, schwytać w pułapkę, ukarać… Człowiek, nic więcej.

Kto to może być? Zawiedziony wielbiciel? Przez sześć lat była gwiazdą w kultowym serialu – i to ją obwiniano w brukowcach o jego zerwanie. Byłam czarnym charakterem Sprawy Waltera, dotarło do niej. Dopuściłam do śmierci kumpla i w dodatku obwiniłam o to resztę ekipy. Jeżeli ktoś potrzebował winnego – winny był pod ręką. Ja.

Ale kto mógłby mi zagrozić z powodu telewizyjnego filmidła sprzed dziesięciu lat?

– A mało to wariatów na świecie! – Chris Jolene usłyszała hipotezę Fran tego samego dnia po południu. Siedziały w jej biurze, filiżanki z kawą parowały obok mruczącego komputera; zza okien dochodził kojący, codzienny szum ulicy, odległy o dziewięć pięter. Chris wpadła dwie godziny temu na minutkę, tylko opowiedzieć o Tomie z telewizji i jego łóżkowych wyczynach. W rezultacie piły już drugą kawę, udając, że przygotowują się do wywiadu z Alzano.

– Gazet nie czytasz? – Chris huśtała się na krześle; wydawała się podekscytowana faktem, że jej przyjaciółka stała się obiektem prześladowań nieznanego maniaka. – Stanowczo powinnaś zgłosić to policji. Fran, ten ktoś chce cię najprawdopodobniej zabić, rozumiesz? Za-bić! Co z tego, że to nie jakiś wampir, tylko człowiek? Tak czy tak, to się może źle skończyć. Broń się, dziewczyno, póki możesz! Co to za różnica, czy się boisz Drakuli, czy świra– mordercy?!

– Powiem Davidowi – stwierdziła.

– To on jeszcze nic nie wie?! – święte oburzenie Chris wydało się jej zabawne.

Odechciało się jej śmiać, kiedy wracała do domu wieczorem, przez miasto w potokach deszczu; samochód tańczył na śliskiej drodze w fontannach tryskających spod opon. Światła miasta, zwielokrotnione w kałużach, odbijały się niemal boleśnie od ciemnego powietrza nocy. Włączyła radio i wyłączyła je natychmiast po zapowiedzi audycji z muzyką filmową, wściekła na siebie za głupie przeczucie, któremu uwierzyła; zmusiła się, by włączyć radio ponownie i tym razem już rzeczywiście usłyszała głos Iggy Darkin, śpiewającej temat z Grissom Street. Chciała dosłuchać jej do końca, ale musiała zjechać na pobocze, żeby powstrzymać łzy, cisnące się do oczu.

W domu było ciemno; w Davidowym piekiełku nie było okien, więc nie widziała, czy był i pracował u siebie. Wysiadła z samochodu i otwarła bramę; wjeżdżając do garażu, wyczuła obcą obecność w ogrodzie.

Wszystko, co mówiła koleżanka w pracy, natychmiast się jej przypomniało. Świr. Maniak. Ktoś chce mnie skrzywdzić, zabić. Broń się, póki możesz, dziewczyno. W czym lepszy jest morderca od wampira?

Nie widziała cienia przemykającego spod drzew do jej kuchni, ale nie miała wątpliwości, że tam był. Napięta do granic możliwości podeszła do wejścia. Klucze wypadły jej z ręki, kiedy próbowała otworzyć. Podniosła je, ale upadły jej znowu.

Jej jasnozielony kostium odcinał się wyraźnie na tle masywnych ciemnych drzwi; schyliła się, wzięła do ręki klucze, zmuszając się do głębokiego wdechu. W świetle lampy wiszącej nad progiem spróbowała ponownie trafić kluczem do dziurki. Udało się za trzecim razem.

Holl własnego domu; żeby sięgnąć do wyłącznika światła, muszę przejść przez cały przedpokój, pomyślała z nagłym spokojem. Przejdę.

Przeszła. Zapaliła światło w hollu – słyszała hałas, jaki robią jej obcasy na kamiennej podłodze – i poszła dalej, do drzwi kuchni, które były teraz ciemną plamą na granicy, gdzie kończyło się światło lampy z przedpokoju. Klamka zachowała w sobie ledwo uchwytny ślad ciepła, jakby przed chwilą dotykała jej czyjaś dłoń. Frannie nacisnęła ją bez wahania. Dopiero wchodząc do kuchni zorientowała się, że nie ma nic, czym mogłaby się bronić.

Cisza. Lekki trzask, kiedy włączyła światło. Ogarnęła kuchnię wzrokiem. Nikogo.

Ten ktoś spod drzewa wyszedł zza drzwi, które go kryły.

Wyszła. Fran zauważyła od razu, że przeczucie z nocnych koszmarów jej nie myliło. Miała przed sobą kobietę: dość wysoką, szczupłą, w zniszczonym, bezkształtnym ubraniu nijakiej barwy. Ciemne włosy ze źle obciętą grzywką, wyrazista twarz o ostrych rysach, ręce, które pamiętała, śmiertelnie białe na tle okna. Wróg.

Napastniczka zrobiła krok w jej stronę i Fran poczuła, że cała jej odwaga wyczerpała się, zgubiła gdzieś między drzwiami domu a błyskiem światła w kuchni. Cofnęła się o krok, nie mogąc wydusić z siebie słowa. Tamta, też bez słowa, podeszła o krok bliżej. Fran: krok do tyłu, ku ścianie. Tamta jak lustro powtarzała jej ruchy, a to wszystko w ciszy tak całkowitej, że Fran nie uwierzyłaby nawet w możliwość jej istnienia. Podłoga była zimna i śliska, nie wydawała się bezpieczna; po kuchni snuł się jeszcze, dałaby głowę, cień cienia zapachu ligustrów – jeszcze jeden z wrogów, osaczających ją bez litości, bez słowa; wyraźnie odczuwała siłę, z jaką przyciągała ją ściana – jedyne oparcie, jedyny przyjaciel. Fałszywy przyjaciel, uświadomiła sobie, kiedy jej plecy dotknęły chłodnej kremowej powierzchni; teraz już nie mam dokąd uciec. Wróg zbliżał się; widziała jej twarz, obojętną, obcą, znajomą ze snów.

– Frannie, to ty? – głos Davida, jego kroki z dołu, jak z innego świata – Fran?

Nie mogła wykrztusić słowa, tak jakby nieznajoma zaraziła ją swym milczeniem, ciemnym i głębokim, jak nieuleczalną chorobą. I wtedy wszedł do kuchni David, w rozpiętej koszuli, z długopisem za uchem i zamarł na widok tego, co zobaczył. Był jej ratunkiem; była bezgranicznie szczęśliwa, bo cały swój lęk mogła teraz przerzucić na niego. Teraz, kiedy przyszedł, to on musi poradzić sobie z tym wszystkim, obronić swój dom i swoją kobietę przed tą obcą, jej szaleństwem i ciszą, jaka jej towarzyszyła.

David stał w progu bez ruchu i nagle Fran zorientowała się, że nie patrzy na nią, lecz na tamtą, a na twarzy walczą mu lęk.. niepewność… nadzieja. On również milczał, przez długą, długą chwilę, a potem nagle zrobił jeden krok… potem drugi… przeszedł obok Fran i stanął tuż przed nieznajomą. Otworzył usta, a jego głos drżał, kiedy patrząc na nią… na tamtą… na intruza, spytał bardzo cicho:

– Dinah? Dinah Martell?

A potem, już głośniej, z nadzieją tak wielką, że aż bolało:

– Mandy?

Tamta podeszła do niego – ostrożnie, niepewne kroki, dłonie uniesione na wysokość piersi, ale twarz nagle łagodniejsza, spokojna; po raz pierwszy Fran usłyszała jej głos:

– David?

I potem, coraz głośniej, coraz szybciej:

– David? Tułałam się dwadzieścia lat, zanim tu trafiłam. Wybacz, wiem, co myślałeś; ja też myślałam, że nie żyję. Nie wiem, ile lat naprawdę… Nie wszystko pamiętam. David, tak się… Pomóż mi.

– Siedem – mówi David cicho – Siedem lat czekaliśmy na ciebie… Mandy.

Wyciąga do niej ręce i tamta wpada w jego ramiona jakby nie mogła już dłużej ustać sama. Fran widzi twarz męża ponad ramieniem obcej; widzi łzę na jego policzku. David coś mówi, ona wpada mu w słowo, wciąż zamknięta w jego uścisku. Ich głosy giną w szumie, narastającym wokół Fran jak fala przypływu.

Wychodzi z kręgu kuchennego światła i powoli, po ciemku wchodzi na piętro. W jej pokoju na stole stoi wazonik od Ricka, pełen czerwonych maków. Fran patrzy w kwiaty długo, w milczeniu, a potem siada na dywanie, pod ścianą; na całym świecie została tylko ona sama, w szklanej skorupie otaczającej jej myśli, zatrzymana w momencie, kiedy David przeszedł obok niej; czekająca w ciszy, przerywanej tylko suchym, uporczywym drapaniem jodłowych gałęzi o szybę, na pomoc, która nie nadejdzie.

 

ROZDZIAŁ II

 

 

Ranek, jaskrawy i rozkrzyczany, wypędził z jej myśli wczorajsze wydarzenia; irracjonalny lęk, jakiemu uległa, zdawał się tym mniej groźny w porannej kuchni, pachnącej drewnem, słońcem i kawą w porcelanowej filiżance. Schodząc po schodach, czuła jeszcze leniwe ciepło minionej nocy; David przyszedł, kiedy już drzemała – mogło być po północy, nawet nie zerknęła na zegar – przytulił się do niej (przez sen usłyszała, jak jego szurające pantofle suną pod łóżko), a później, rozgorączkowany i niespokojny, kochał się z nią, aż cały niepokój, z jakim przyszedł, zniknął. Pamiętam jego włosy, jak włosy dziecka, rozrzucone na poduszce pod moimi palcami – myśli Fran są powolne i pełne ciepła – ta dziewczyna… cóż za zbieg okoliczności – w jej uczucia wkrada się coś jeszcze, coś, czego wczoraj nawet nie mogłaby podejrzewać: satysfakcja, Schadenfreude – nie sądziłam przecież, że biorę sobie trzydziestoparoletniego prawiczka… a teraz ona zobaczy mnie przy nim, mnie w moim domu, mnie, panią domu… Nigdy mi nie opowiadał o swoich dziewczynach, myśli, pełna pobłażania i wyrozumiałości, ale nie ma co się dziwić… W jej ciele ciągle żyje ciepło jego ciała sprzed paru godzin.

Jasny obrus na drewnianym stole, upstrzony plamkami słońca. Pachnie kawa w kruchej filiżance; Fran wyciąga gorące kromki z tostera. Owinięta w szlafrok, bezpieczna i spokojna, zabiera się do śniadania.

Z piekiełka dobiega niewyraźny głos Davida; opuścił ją wcześnie rano, kiedy jeszcze prawie spała. Z kim on to gada, zastanawia się Fran, z tą dziewczyną? Nie…. wyglądała na bardzo zmęczoną, na pewno jeszcze śpi. Może dzwoni do kogoś… o wpół do ósmej rano?

Czekała na jego przyjście z niecierpliwością, której sama nie rozumiała. W promieniach słońca zalewającego podłogę, w ciepłej zieleni lip, które zaglądały przez północne okno (zapach kawy i tostów unosił się dookoła niej) nie było już ani cienia lęków, ścigających ją od tak dawna. Wampir wyszedł na słońce, pomyślała z sarkazmem, i rozsypał się w proch. Wampir. Królowa wampirów. Ktoś terroryzuje nasze miasto nocą. Jenny Leicester w czarnym jedwabiu, jej suknia łopocze na wietrze, Pułkownik O’Connor u jej stóp w snopie zimnego światła ulicznej latarni. Ciemna krew ścieka kroplami po jej wargach, podbródku, szyi… Tricia Frost ukryta w cieniu, w dłoni pistolet, w lufie srebrna kula, poświęcona przedwczoraj przez irlandzkiego księdza; uszy zakryte szczelnie słuchawkami, by nie słyszeć… nie słyszeć tego głosu, miękkiego, głębokiego, pełnego obietnic… Będzie mieć łatwy strzał… jeśli Leicester podejdzie jeszcze dwa kroki. Spokojnie, spokojnie… Steven Trivain wychodzi z cienia w kierunku Leicester z białą różą w dłoni. Trivain, nasz koń trojański – O’Connor powiedział im to przed akcją, patrząc w oczy przyjaciela. Nie wierzę w wampiry, państwo chyba też nie, ale chyba mamy tu wampira, doktorze Taylor, proszę wyjaśnić możliwe medyczne przyczyny, Trivain, nie sądzę, by odpowiadał jej smak twojej krwi. Leicester robi krok w kierunku Trivaina. Potem… potem drugi. Tricia strzela. To naprawdę był łatwy strzał.

Czarna suknia Jenny Leicester zasłoniła ją przed Davidem wchodzącym do kuchni. Myślała o tym, jak O’Connor wpadł w pułapkę wampira.

David – dopiero go zauważyła – nalewa sobie zielonej herbaty… której chyba nie lubi. Jego włosy z pewnością nie widziały dziś grzebienia i nawet nie zadał sobie trudu, by wyciągnąć z szafy czystą koszulkę. Ze szklanką w jednej ręce i kromką z dżemem w drugiej – nigdy się nie nauczy jeść jak człowiek, myśli Fran z czułością – podchodzi do niej i siada na stołku naprzeciwko. David siadający, by zjeść śniadanie – już samo to jest dziwne, zauważa, zanim podnosi na niego wzrok.

David uśmiecha się do niej; wygląda komicznie, z pełnymi ustami, z krwawoczerwonymi śladami dżemu z jeżyn na policzkach i podbródku.

– Idź zobacz się w lustrze – Fran przybiera swój opiekuńczo-zrzędliwy ton, jak zawsze, kiedy David zaczyna się z nią przekomarzać – wyglądasz, jakbyś miał sześć lat… albo jakbyś nigdy wcześniej nie widział na oczy dżemu z jeżyn.

Usta Davida okolone ciemną czerwienią.

– Twój gość jeszcze śpi? – pyta Fran, szukając w sobie spokoju i pewności sprzed paru chwil.

– Dinah? – Coś się kryje w jego głosie, obce i przestraszone, jak ukradkowe spojrzenie do zakazanego, zamkniętego pokoju – Nie, chyba już poszła do łazienki. Ona wstaje rano… zawsze wstawała. Kiedyś.

Przecież nie boję się wspomnień o jego szczenięcej miłości.

-Opowiesz mi o niej… kiedyś? – pytanie zadane od niechcenia, nieistotne, takie, jak chciała. Jej dłonie obracają powoli srebrną łyżeczkę w brzęczącym cieple kuchni. David nie odrywa wzroku od kwadratu światła na stole.

-Nie sądzę – mówi wreszcie, skupiony wciąż bardziej na obserwacji niż na wypowiadanych słowach – nie sądzę, skarbie, żebym miał ci do powiedzenia coś, co mogłoby cię… zaintrygować. Albo zaskoczyć.

-David! – Fran przerywa mu ze śmiechem – David, czy tobie się zdaje, że ja nic… że jestem zazdrosna? Na litość boską, byliśmy dorośli, ja też miałam wcześniej swoich facetów…

-Frannie – dawno tak do niej nie mówił, nie wiedziała, czy czuł, że ona sama bardzo tego nie lubi – przepraszam za tę filmową kwestię, ale… – uśmiech głęboko w jego ciemnych oczach, plamy na znoszonej koszulce, rozczochrane włosy, ślady dżemu na twarzy; Fran dostrzega je wszystkie nagle przeraźliwie wyraźnie – Widzisz, kochanie, to zupełnie nie tak jak myślisz.

– Aha – Dała się zaskoczyć. Wszystko wydawało się jasne: zdawało się jej, że spogląda w przeszłość Davida i widzi w niej tę ciemnowłosą dziewczynę, młodszą o… zaraz… o ile? lat, wszystkie emocje z nią związane jak blade kwiaty zasuszone w książce, ich wspólne sprawy, drobne grzeszki, pożądanie Davida wobec niej równie nierealne jak marzenia o dziewczynach z rozkładówek. Przeszłość, przegrana i unieważniona samym faktem istnienia jej, Fran.

Nie bał się tej przeszłości, nie widział w niej żadnego zagrożenia – dla nich. Widziała w nim wszystko – troskę, ciekawość, radość, nawet coś w rodzaju czułości, opiekuńczej troski, jaką odczuwa się wobec młodszego rodzeństwa – wszystko, prócz lęku. Ten cień strachu, jaki usłyszała, gdy wymienił jej imię, zniknął bez śladu, kiedy zaczęli o niej rozmawiać i Fran zrozumiała, że David nie bał się, jak sądziła, rozmowy o swoim gościu, a raczej czegoś, co z samym gościem się wiązało, tak jakby bał się cieszyć z jej powrotu, jak dziecko, które nie może się doczekać na Świętego Mikołaja i nie wie, czy bardziej martwić się, że ten nie przyjdzie, czy obawiać jego przenikliwego spojrzenia spod krzaczastych brwi.

David – łokcie na stole, twarz oparta na dłoniach, patrzy na nią badawczo, już bez uśmiechu. Cisza. Czekanie: nie oczekiwanie na coś, co ma nadejść, po prostu czekanie, czekanie w milczeniu, aż minie chwila… i jeszcze jedna… i jeszcze… i jeszcze… Kuchnia w plamach światła, zapach kawy dookoła nich, ranek, lato.

Przy piekiełku mieli drugą łazienkę, właściwie klitkę bez okien, z prysznicem i wieszakiem na ręczniki, królestwo Davida. Obca wyszła stamtąd, mokre włosy zwisały w strąkach wokół jej pociągłej twarzy, gubiła się w za dużym Davidowym podkoszulku; Wima i Siostrzyczka, kocice Davida, szły z zadartymi ogonami pół kroku za nią, pół mrucząc, pół ćwierkając coś do siebie nawzajem.

Przerwała ich ciszę, ich czekanie samym swoim wejściem. Jej kroki są energiczne, zauważa Fran – zdania niemal bezwiednie układają się w kolejny felieton dla Arlene – tak chodzi ktoś, kto wydaje rozkazy i nigdy nie musi podnosić głosu; uparte kotki Davida najwyraźniej wyczuwają ten autorytet. W myślach Fran jest pełno śmiechu – oto przed państwem była dziewczyna mojego męża, obecnie na etacie kociego generała. David wstaje od stołu, poprawia włosy bezwiednym ruchem, burząc je jeszcze bardziej, jak dziecko umazany dżemem po brodzie i policzkach. Witamy w Małym Gabinecie Grozy, oglądacie państwo spotkanie Kociego Generała, Ducha Spod Drzewa z Wampirem-Od-Jeżyn; oboje od lat w pierwszej lidze Pucharu Urojonych Lęków.

Te słowa, których użyła sama do siebie, słowa jak wzięte z któregokolwiek ze scenariuszy Richarda Stone’a, przeraziły ją nagle swym bezsensem, sztucznym patosem, swoją… nieadekwatnością wobec tego, co czuła. Nie umiem powiedzieć, pomyślała nagle, w odruchu paniki trwającym mgnienie oka. Przymknęła powieki i wrócił spokój, ale Fran – jakaś cząstka Fran, coś w niej, dalekie i nie ujawnione, zapisało tę chwilę głęboko, jak niewyraźne ostrzeżenie przed smokiem, który raz się obudził i wychynął na moment ze swej górskiej jaskini.

– Dzień dobry, pani Conway – powiedział smok.

-Dzień dobry, pani Zuniga – mówi obca i choć nie podnosi głosu, jego brzmienie wypełnia przestrzeń wokół Fran jak jasna woda. Podkoszulek Davida wisi luźno na jej ramionach, skóra na twarzy i szyi ma niezdrowy, sinawy odcień; jest chora, myśli Fran, mój mąż miał kiedyś dziewczynę, która zachorowała psychicznie, jej ulubioną rozrywką było udawanie ducha pod ogrodowymi drzewami… oczywiście oprócz uciekania ze szpitali, doszła w tym do prawdziwego mistrzostwa.

Obca siada przy jej stole, niemal bezwiednie, zauważa Fran, splatając i wyłamując szczupłe palce obu dłoni. Rozgonione plamy światła omijają jej postać. David, myśli Fran podbiegają nagle do męża, David jeszcze nie odezwał się do niej ani słowem.

Odwraca wzrok od tamtej w kierunku Davida, oczekując zakłopotania… niepewności… obawy, której ślad wcześniej wyczuła. Znalazła niespodziewany lęk – cień lęku na widok obcej, nie zadane pytanie, którego treści nie umiała odczytać z jego twarzy. Wtedy – w tej samej chwili – odwrócił głowę i jego spojrzenie dotknęło obcej kobiety w wyciągniętym podkoszulku, nocnego gościa przy ich porannym stole.

-Cześć, Dinah – mówi David i w tym głosie nie ani jednej z rzeczy, które jeszcze przed chwilą Fran znalazła w jego twarzy – Zjesz śniadanie? Mogę ci zrobić tosty z dżemem.

Zjadła tosty z dżemem z jeżyn, wypiła zieloną herbatę (po cholerę David trzyma pudełko zielonej herbaty, nie znosi jej, ja zresztą też, pomyślała z inrytacją) i teraz siedziała z nimi w ciepłej kuchni; nie rozmawiali, zamienili ledwie parę słów, tak jakby w tym milczeniu, większym niż wszystko dookoła nich, czekali na nadejście czegoś… bólu, cichego i nieuchronnego, skradającego się powoli w plamach światła ku ich trójce przy kuchennym stole; wprost do kobiety siedzącej na rogu stołu, twarzą do okna.

– David – Fran przerwała to milczenie niespodziewanie dla siebie samej – mógłbyś opuścić żaluzje, oczy mnie bolą od słońca?

Płócienne żaluzje malują kuchnię w tygrysie pasy; David podchodzi do obcej kobiety.

– Napiłabym się jeszcze kawy – mówi Fran.

– Może zrobię – obca nie pyta, raczej potwierdza swoją wolę, tak jakby nie była na cudzej ziemi, jakby nabyła praw do tego miejsca przez samą swoją obecność – David, gdzie masz kawę?

– W szafce nad zlewem – mówi Fran- górna półka po lewej. Jaką kawę pani pije? David, może nastawisz ekspres?

– Dziękuję – po raz pierwszy obca mówi do niej – Wie pani, cieszę się, że panią poznałam. Lubiłam pani postać. Szkoda, że pani już nie gra… była pani dobra. Naprawdę.

Fran chce się uśmiechnąć, profesjonalnym uśmiechem gwiazdy dziękującej za komplement, ale szczerość – coś nowego? – w głosie tamtej każe jej po prostu skinąć głową. Lubiła moją postać. Lubiła aktorkę Frannie Zunigę. I następna myśl, nieuchronna konsekwencja tej poprzedniej: ja jestem dla niej Frannie Zuniga Nie Fran Conway. Nie żona Davida. Jestem Frannie Zuniga, Tricia Frost, z Grissom Street, postać z serialu, nie osoba, nie człowiek… nie przeszkoda.

-Wie pani – głos Fran nie zdradza jej odkrycia, jeszcze nie teraz – ja nawet nie lubię aktorstwa… Nie lubię też, szczerze mówiąc, Tricii Frost – ani trochę. Nie mam sentymentu do tej roli. Moi fani wiedzą o niej więcej niż ja. Teraz pracuję jako dziennikarka, dla magazynu kobiecego…

– Dla Arlene – wtrąca David.

– Aha- ten komentarz, nic nie znaczące słowo, pomija i unieważnia ostatnie pięć lat jej pracy, nauki, sukcesów; dodatek do major Frost, jakaś praca dla piśmidła o modzie i ploteczkach.

– Szczęściarz z Davida, że panią poderwał – kolejny banał, kolejny wypowiedziany z tą niepokojącą nutą prawie-szczerości w głosie. I do niego – Podejrzewałeś kiedyś, że się ożenisz z prawdziwą agentką z Grissom Street?

David się śmieje, na jego twarzy nie ma już ani śladu lęku; śmiech ożywił bruzdy wokół jego ust, rozjaśnił oczy. Fran zmusza się, by też się uśmiechnąć. Obca wstaje, nalewa kawy do trzech filiżanek.

– Nie mam mleczka, niestety – Fran spogląda pytająco na gościa.

– Nie trzeba – David, pewnie i spokojnie – Cytryna jest na talerzyku w lodówce… Mandy. Możesz mnie też podać plasterek.

Fran wstała. Była sobota, sobotni letni poranek, pięć tysięcy mil od wczorajszych nocnych koszmarów, w środku czegoś, co się właśnie zaczynało, przed czym ostrzegało ją to coś, paranoiczny głos w jej głowie, daleki i nie ujawniony. Smok się obudził w swoim legowisku, Frannie. Ma jeżynową krew na pysku, śpi na zgniecionych ligustrach; i ty śpisz, skamieniała w jego oczach, w swoim niezniszczalnym szarym mundurku z dystynkcjami majora Cesarskiej Służby Wywiadu, nie sama, wśród umarłych przyjaciół.

– Zwykle w sobotę chodzimy na obiad do restauracji – Fran uśmiecha się, kulturalna i życzliwa pani domu składająca gościom propozycję – pójdzie pani z nami?

-Zdaje się – przepraszający, ale pewny ton w głosie Davida – że będziemy musieli zmienić plany. Ktoś przychodzi. I do tej obcej – Zadzwoniłem rano do agencji, do Tammy. Obiecała przyjść pod wieczór. Ma klucz od twojego dawnego mieszkania… i zaczniemy jeszcze raz, od początku.

Widziała, jak poruszają się wargi Davida, jak imię, które wymienił, budzi jakieś wspomnienie na twarzy obcej. Jego słowa nie docierają do niej, obce i dalekie, wypowiadane w języku, którego już nigdy nie będzie rozumiała.

– Idę do ogrodu posiedzieć nad wodą – mówi David – Mandy, chodź zobaczyć nasze róże.

Z daleka, poza czerwienią, złotem i bielą róż, przy błękitnofioletowym różanym krzaczku, jasne plamy ich twarzy na tle zieleni ogrodu.

– Kochanie – woła David w stronę kuchni, jego głos przekrada się przez szum wody – kochanie, chodź do nas!

 

ROZDZIAŁ III

 

Blade światło, przefiltrowane przez chmury niosące burzę, przesiane przez gładkie firanki u okien, wpływało do pokoju; Fran, wyciągnięta na łóżku w luźnej kwiecistej sukience, odpychała od siebie senność popołudnia. Nocny stolik usiany zwiędłymi czerwonymi płatkami, nagie czaszki makówek straszą w wazonie na stole. Cisza. Ciężka letnia cisza po upalnym dniu. Trzeba by wstać i zrobić jakąś kolację, trzeba by się wykąpać, a w ogóle to trzeba by przede wszystkim zadzwonić do redakcji… ułożyć te pytania… pogadać… pogadać z Chris… jutro…jutro. W ciszy kroki Davida po schodach na górę. Zamknąć oczy. Otworzyć, ziewając, dopiero kiedy stanie w drzwiach.

-Cześć, David.

-Spałaś? Mandy prosiła, żeby cię zawołać; wyręczyliśmy cię z kolacją.

-…śmy?- Fran ze zdumieniem znajduje w swoim głosie ciepło zamiast uszczypliwości, wdzięczność w miejsce urazy- Najoględniej mówiąc, nie umiesz gotować.

Uśmiechnął się, ale nic nie powiedział, a potem podał jej rękę; podniosła się z łóżka i puściwszy jego dłoń, zeszła po schodach wprost do kuchni, z Davidem, jak mistrz ceremonii asystującym jej o pół kroku z tyłu.

-Zaraz wrócę- szepnął jej do ucha i już go nie było.

Mandy stoi przy kuchence, ma na sobie za duże dżinsy Davida i sprany T-shirt z logo Grissom Street. Źle obcięta grzywka opada na oczy, twarz w ciemnej oprawie włosów wydaje się jeszcze bledsza, porażona chorobą, nawet mimo policzków zarumienionych od stania przy kuchni. Drewniana łyżka w prawej ręce, lewa przytrzymuje rączkę patelni. Garnki dostałam od dziewczyn z pracy w ślubnym prezencie, myśli Fran, przybiega do niej nagłe wspomnienie ciepłego letniego popołudnia, błysk flesza w aparacie Chris, wszystko w zapachu lewkonii i storczyków z jej bukietu; skrzynki, paczki, pudła i pudełka, cały kanciasty i kolorowy wszechświat prezentów na trawie, żywej, zielonej, u jej stóp. Ta myśl, gwałtowna, wyraźna do łez, wymusza na niej decyzję. Szybkim krokiem, ignorując milczącą obcą, przechodzi przez kuchnię i schody, ścigając Davida, idąc za ledwo uchwytnym śladem jego zapachu, jakby tropiła rzadką i cenną zwierzynę w labiryntach dalekiego ogrodu. Otwiera drzwi do łazienki, David myje ręce, szum wody zagłusza jego słowa.

-Fran?- lekko uniesione brwi, twarz w starannie przygotowanym wyrazie zdumienia; gdzieś daleko cień zaskoczenia… niezadowolenia. Weszłam nie w porę, pomyślała i poczuła mgnienie chłodu, kiedy smok w swym legowisku otworzył i zamknął znowu ciężką i leniwą żelazną powiekę. Nie w porę, kiedy mój mąż wyszedł z toalety i myje ręce, zimna woda- czemu zimna?- skręca się z szumem na jego dłoniach, jego druga twarz w lustrze upstrzona kroplami wody jak upiorną srebrzystą skazą.

-David- mówi Fran z mocą, której się sama nie spodziewała- kto to jest? Masz mi to powiedzieć, rozumiesz? Natychmiast. Ani chwili dłużej nie…

Granatowy ręcznik otacza teraz jego dłonie, David wyciera je jak zawsze, szybkimi, niemal nerwowymi ruchami. Milczy, nie patrząc na nią. Przeprowadza kalkulacje- chłodne, gorzkie fale paniki niemal zalewają jej gardło- mój mąż właśnie się zastanawia nad ewentualnymi zyskami i stratami z powiedzenia mi prawdy… a przecież nie powie mi prawdy… najwyżej jakieś słowa o dawnej kochance, może wspólniczce… może krewnej… a ja przecież znam prawdę, jakaś część mnie zna… prawda ma oczy istoty spod drzewa, palce jak suche jodłowe gałązki w smudze ckliwego zapachu, jaki wydają zgniecione liście ligustru w gorący słoneczny dzień. Nagły dreszcz obrzydzenia, jakim przejmuje ją obraz obcej- upiora przywraca ją do rzeczywistości. Ta kobieta… Dinah… Fran nagle widzi ją taką, jak przed chwilą w kuchni: źle ubraną, źle obciętą, ze śladami ciężkiej choroby na twarzy, małomówną, wypraną z wszelkich śladów kobiecości i indywidualności… może z wyjątkiem tej twarzy, ciemnych oczu podkreślonych lekko uniesionymi brwiami, bladych warg, wąskiego nosa rzucającego cień na policzki. Wygląda jak wredna guwernantka z angielskiego filmu dla dzieci, myśli Fran, brakuje jej tylko skrzekliwego głosu… i rózgi, wychylającej się zza pleców jak żmija, gotowa do uderzenia.

Ta obca… mój mąż… ona sama… zachowujemy się, jakbyśmy grali w filmie- milcząc i przeciągając kulminacyjny moment ujawnienia tożsamości tajemniczego gościa. Richard Stone byłby ze mnie dumny, powinnam się teraz uśmiechnąć z rozrzewnieniem, dlaczego czuję krople potu na plecach, dlaczego mi tak zimno w ten wieczór letniego dnia…

-Posłuchaj- zanurzyła się tak bardzo w swoje myśli, że nagłe słowa Davida były jak dotknięcie zimnej dłoni budzącej cię ze snu- posłuchaj, Frannie. Przykro mi- (ta głupia szczeniacka fryzura, pomyślała, przynajmniej ubrał czystą koszulkę, czasami jest jak dziecko)- przykro mi, ale nie mogę ci powiedzieć nic z tego, co chciałabyś usłyszeć. Nie dostaniesz, niestety, swojej szansy zagrania wyrozumiałej małżonki. I nie będzie powodów do żadnych wzruszających scen przebaczenia za błędy młodości. Innymi słowy, jeśli jeszcze nie rozumiesz, nie gościmy mojej byłej. Możesz przestać.

-Dlaczego na mnie krzyczysz?- zapytała cicho, po chwili milczenia, podczas gdy w jej głowie pełen sarkazmu głos dorzucił: jak długo układałeś tę przemowę… albo dla której z postaci ją napisałeś?

David wyszedł z łazienki, mijając ją w drzwiach, nie dotykając jej. Milczał. Było mu głupio, wiedziała, znała go na tyle, by być pewna takiej, a nie innej reakcji. Za chwilę przyjdzie i zacznie rozmawiać o pogodzie albo o tym, jak pięknie kwitną w tym roku róże i na dnie każdego słowa będzie ukryte przepraszam, przepraszam, przepraszam.

Spojrzała w lustro, nie to małe, wiszące nad umywalką- w duże lustro, oświetlone lampkami, na bocznej ścianie tuż przy drzwiach; patrzyła na nią elegancka kobieta, ciemnoblond włosy starannie uczesane, na twarzy wciąż niewiele śladów trzydziestu ośmiu lat, nawet znużenie i lęki ostatnich tygodni zaczynają już znikać. Pani na swoich włościach, właścicielka tego domu, ogrodu, konta w banku, pokoiku w redakcji Arlene i aktu ślubu z Davidem Conwayem. Pod skórą tej kobiety, na dnie jej oczu zobaczyła siebie taką, jaką codziennie widzieli ją ludzie na kablówkach w całym mieście, w szarym mundurze, z włosami wysoko upiętymi, czarne rękawiczki na dłoniach przydają tajemniczości. Dla kogo jeszcze, przyszło nieproszone pytanie, dla kogo jeszcze, w tym domu, ciągle nazywam się Tricia Frost?

 

* * *

 

David

 

Twoje imię, głęboko we mnie, jak okruch lodu.

W dniu, w którym umarłaś, tak mi powiedziano, nic nie poczułem: żadnej ciemnej myśli, strzeż się idów marcowych, jedyne przeczucie, jakie nam towarzyszyło, to że na pewno spóźnimy się na obiad. Zbliżała się do końca nasza ciężka praca. Pamiętam nasz pokoik w Agencji, półki pełne książek, twoje biurko pod oknem, moje naprzeciwko, pierwszego dnia wspólnej pracy, długo przed Tym dniem, usiadłem na swoim krześle, odwrócony do ciebie plecami, pamiętam jak się śmiałaś, kazałaś mi wybierać: tyłem do drzwi czy do potencjalnego wroga, ale nigdy nigdy nie stałaś się moim wrogiem, pod twoim biurkiem leżały słuchawki od walkmana, setki razy wchodziłem do biura wcześnie rano, a ty już tam byłaś, w ciszy budynku spod słuchawek wymykały się urywki melodii, lubiłaś stare kawałki z filmów i Carmina Burana, tamtego roku na Sylwestra w agencji przyszłaś wysoko uczesana, włosy w błękitnej farbce, czarna jedwabna suknia, zaskoczyłaś nas wszystkich, wysokiej klasy specjalistka od planowania skomplikowanych operacji, najlepiej z nas rozwiązywałaś szyfry, pamiętam cię przed komputerem, uwielbiałaś komputery, obok klawiatury w naszym biurze talerzyk pokrojonych jabłek, latem kupowałaś winogrona na obiad, gotowałaś nam coś czasem w kuchence wygospodarowanej w dawnym laboratorium, w kubkach torebki zielonej herbaty, bryłki trzcinowego cukru jak kawałki żywicy w granatowej porcelanie, pamiętam jak obcięłaś włosy, pamiętam twoją sylwetkę, ciemną na tle okna, kiedy nadchodził świt, pamiętam cię całą, jaką byłaś, jaką cię znaliśmy, jaką ja cię znałem przed Tym dniem, Dinah, Dinah Martell, Mandy. Mandy.

Myśli Davida wirują wokół niej; stoi w kuchni, opierając się o stół, obserwując spod przymrużonych powiek, jak Dinah- Mandy- kończy przygotowywać posiłek. Ciepły zmierzch dookoła nich, z góry dochodzi pluskanie wody, przypominając o obecności Fran. Uświadamia sobie obecność ich obydwu w swoim domu i to uczucie przypomina zanurzenie się w nieruchomej letniej wodzie: ciało nieważkie w sennej cieczy, zmysły nie odbierają niczego poza ciszą; myśli o Fran, o tym jak się kochali tej nocy; i o Mandy, o ciemnych cieniach wokół jej oczu jej oczu, o jej twarzy rozświetlonej błękitną aurą monitora, nocami, w Agencji.

Kroki Fran na schodach zawracają go z tej ścieżki; schodzi powoli, w domowych kapciach i zielonym szlafroku, rozchylającym się głęboko przy szyi i wlokącym się za nią jak tren. Jej skóra, David rejestruje machinalnie, jest zaróżowiona od gorącej kąpieli, ostatnie kropelki wody spływają powoli w cień między piersiami. Włosy wciąż ma wilgotne, skręcają się lekko na skroniach; jest piękna. Uśmiecha się.

-Jak tam z tą kolacją?- i do Mandy, pogodnie- Niezbyt pani pomógł, prawda?

Mandy spogląda na Fran, długo, aż David- ku swemu zdziwieniu- dostrzega u żony ślad zakłopotania, niepewności. Dopiero po chwili za tym spojrzeniem dobiega odpowiedź:

-Cóż, pomógł mi… metodą Tomka Sawyera- a widząc, że Fran w pierwszej chwili nie załapała, o co chodzi, dodaje- pamięta pani, jak Tomek pomagał Jimowi?

Jej ton, aluzja, jaką robi, niemal pozbawia go na moment świadomości. Pamięć podsuwa mu obraz sprzed lat: siedzi w ich maleńkim biurze w Agencji, ze ściany patrzy na niego tysiąc papierowych oczu, na ciemnym ekranie monitora pędzi mu na spotkanie tysiąc gwiazd; słychać wiatr za oknem i w szczelinach między szybami. Jest noc. Na korytarzu cisza, przerywana tylko monotonnym bzyczeniem świetlówek gdzieś daleko. Nie ma nikogo. Egzemplarz Tomka Sawyera pod jego łokciem. Nie ma jej tutaj. Wkrótce na ulicach zacznie się poranny gwar. Upiornie poprzez deszczu mżenie w ulicę biały dzień się wdziera– natrętna fraza wznosi się i opada, tłukąc w jego umysł jak fala przyboju. Nie miał żadnych przeczuć, ciemnych myśli, tego dnia deszczowego jak inne dni jesieni w Newtown. Ja wyszedłem bez szwanku, mówi na głos, z goryczą, jak miałem mieć przeczucia. Deszcz kapał leniwie na zgliszcza, kiedy wysiadał z taksówki, o piątej po południu. Dym wciąż jeszcze snuł się dookoła brudnymi pasmami. Eksplozja zmiotła budynek i solidnie uszkodziła dwa sąsiednie- do wczoraj była tu siedziba grupy separatystów, którą obserwowali. Zapaliły się pierwsze uliczne latarnie, ich światło zatańczyło w kałużach brudnej wody, w odłamkach szkła, w załamaniach plastiku na czarnych workach, czekających na przyjazd karetki. Nie pozwolili mi jej zobaczyć. Nie ma jej tutaj. Upiornie poprzez deszczu mżenie… Kazali mi siedzieć w Agencji, monitorowałem, powiedziała Mandy, monitorowałem całą ich akcję, a to oznaczało, że siedziałem na tyłku i szukałem czegoś tam po sieci, a oni poszli. Nie wzięła mnie. Upiornie poprzez deszczu mżenie… Jeszcze noc. Cisza. Tammy jest w szpitalu, dzwoniła pielęgniarka, już z nią lepiej. Trzeba jutro kupić jej kwiaty. Na okładce książki Tomek Sawyer maluje parkan. Nie ma jej tutaj. Trzeba schować jej rzeczy, albo komuś wysłać, nie ma komu, nie miała rodziny. Upiornie poprzez deszczu mżenie… Zaczniemy ją zapominać, już zaczęliśmy. Jej imię zamyka mu usta ciemnym szlochem; wstaje, spogląda w okno, na nadchodzący powoli szary świt. Nie wzięła mnie ze sobą. Poszła sama. Dookoła jest wciąż ciemno i zimno; Upiornie poprzez deszczu mżenie– Mandy- w ulicę biały dzień się wdziera.

-Oj, nie chcę pani martwić, ale chyba pani nie trafiła- w głosie Fran jest współczucie i rozbawienie- David nie jada fasolki. Szczerze mówiąc- nienawidzi.

Kuchnia jest pełna ostatnich świateł dnia i zapachu jedzenia. Mandy ma rękawicę kuchenną na dłoni; nakłada na talerze porcje fasolki z orzechami. Frannie właśnie wyłączyła ekspres, teraz stawia dzbanek z herbatą na środku stołu.

– Kochanie- odwraca się do niego- coś taki milczący? Nie można było powiedzieć, że nie lubisz? Jak chcesz, zrobię ci kanapki…

Mandy nie mówi ani słowa, podaje mu tylko talerz; jej wzrok mówi wyraźnie, że są rzeczy, o których Fran Conway nie wie i nigdy się nie dowie.

– Dzięki- David patrzy jej w oczy- nie jadłem tego od stu lat.

Fran chce coś powiedzieć, ale dzwonek u drzwi przerywa jej w pół myśli.

– To pewnie Tammy- mówi David- możesz od razu nałożyć dla niej też.

Czarny smok patrzy na nią spod uniesionych żelaznych powiek.

 

 

ROZDZIAŁ IV

 

Siedzą w fotelach w pokoju gościnnym, królestwie Fran: ona, David po jej lewej, po prawej miejsce dla Mandy, obok, na krześle (“Nie lubię miękkich foteli, dziękuję”) ciemnowłosa, ciemnoskóra dziewczyna w białej koszuli. Na niskim stoliczku bukiet bladych różyczek i patera z ciastkami; pani domu pije kawę, David i gość poprosili o piwo. Ciemnoskóra dziewczyna- Tammy- coś mówi. Fran odstawia swoją filiżankę na stół i wybucha nagłym śmiechem.

– Przepraszam- mówi – przepraszam, ale dawno nikt mnie tak nie rozbawił. Nie chcę być niegrzeczna… ale kto to wymyślił? To znaczy, ja wiem, kto- poprawia się- Richard Stone, ładnych parę lat temu… no, już kilkanaście… a pani mi próbuje powiedzieć, że naprawdę mamy w Newtown Cesarską Agencję Wywiadu? I że na dodatek pani Martell pracowała dla nich? I jeszcze…

– Pani mąż- w głosie Tammy nutka rozbawienia- jeszcze pani mąż.

– Co mój mąż?- Fran łapie zniecierpliwione spojrzenie tamtej – chyba nie wszystko rozumiem.

– A co tu jest do rozumienia?- David odzywa się po raz pierwszy od dłuższej chwili, zniecierpliwiony- i z czego ty się właściwie śmiejesz? Co ty wiesz o tym wszystkim?

Wiem, że nie nadajesz się na tajnego agenta- myśli Fran- zbyt lubisz dom i domowe wygody; zresztą, co miałbyś tam robić, ty, pisarz… Kiedy się poznaliśmy, przedstawiła nas Tina, moja naczelna, pamiętam, miał wtedy długie włosy, śmieszne, upięte w kucyk… ktoś, kogo znałam, nosił wcześniej taką fryzurę… więc Tina mnie przedstawiała, zapytała, czy mnie pamięta z telewizji, ja się zjeżyłam, David się uśmiechnął, powiedział, że nigdy nie pisał szpiegowskich historyjek, poszliśmy do mojego biura, zaczęliśmy. Nie, David, nie nadajesz się do Cesarskiej Agencji Wywiadu, o nie. Nie ty, na pewno nie.

Tammy milknie, wstaje, kiedy Mandy wychodzi z kuchni z kocicą Wimą plączącą się pod nogami.

– Zrobiłaś świetne żarcie- mówi Tammy po chwili- świetne, jak dawniej. Jezu, Mandy, dobrze cię mieć z powrotem.

Podchodzi i obejmują się, Tammy przytula ją mocno, tak jakby upewniała się, że ciało Mandy istnieje naprawdę, jakby siebie- lub kogoś- chciała przekonać o jej realności.

– Dobrze cię mieć z powrotem, szefie- mruczy niewyraźnie.

David nie odrywa od nich wzroku; Fran spogląda na męża… odczuwa nagle jego nieobecność, Davida nie ma z nimi w tym pokoju, choć przecież siedzi w fotelu obok niej; w ten letni wieczór w głowie Davida jest późna newtowneńska jesień, wiatr w gałęziach, deszcz dookoła, w ich biurze w Agencji ciepła cisza, Tammy wpina szpilki we włosy, Roger w kącie, naburmuszony, ogląda jakieś pismo z panienkami, Mandy, krótko obcięta, w granatowej koszuli, wchodzi do pokoju. Jutro, proszę państwa, mówi spokojnie, Roger i Tammy ze mną, oprócz nas jeszcze czterech; David, będziesz obserwować z grupą awaryjną prywatny dom Everetsona, wchodzisz na mój znak… na znak, którego nie dała, którym stał się dla niego dopiero głos technika w słuchawkach, David, przyjedź tu do nas jak najszybciej, tam coś się dzieje… coś niedobrego.

-Słuchajcie- Fran mówi głośniej niż zazwyczaj- to, co opowiadacie, jest bardzo ciekawe, ale na litość boską: mój mąż jako tajny agent, tajemnicze zniknięcia, dziwaczne sekty, porwania i wybuchy- ludzie, nie sądzę, żeby prawdziwe agencje wywiadowcze działały w ten sposób; przecież to jest historyjka z serialu telewizyjnego!

Z mojego serialu, myśli nagle i przez moment ją także otacza deszczowa newtowneńska jesień. Tajemnicza grupa separatystów, uważających się za członków na wpół legendarnego plemienia, zamieszkującego te tereny przed stuleciami. Ich przywódca, niegdyś znany biznesmen, od lat publicznie nie oglądany. Uporczywe plotki o krwawych rytuałach i ponurych orgiach, odprawianych w jego posiadłości, połączone z tajemniczym zniknięciem żony. Z drugiej strony barykady grupa agentów do zadań specjalnych: lekarz medycyny, informatyk, socjolog i inżynier chemik, wszyscy młodzi, ale już doświadczeni, świetni spece w swoim fachu. Szefowa grupy zostawia jednego z nich, by śledził mieszkanie podejrzanego, a sama z resztą ma wejść do siedziby separatystów. Akcja! Wchodzą, lider terrorystów, widocznie bojąc się tego, co mogą tam znaleźć (choć policja, oczywiście, nie raz przeszukiwała budynek…) wysadza wszystko w powietrze. Dowodzącej agentami udaje się ocalić przyjaciół, lecz sama ginie pod gruzami.

Tak. I powróci do nas w następnym odcinku, kiedy to okaże się, że w budynku powstała poduszka powietrzna, która bezpiecznie zniosła ją siedem pięter w dół… albo że wyszła drugim wyjściem dosłownie na sekundę przed wybuchem… albo że uratował ją duch zmarłego przed laty ojca… lub że istnieje tajemniczy i niezwykle sekretny rytuał papuaski, przejęty bezpośrednio od naszych przodków z Kosmosu, pozwalający przywrócić ją do życia… albo że Electra Walker, nasz geniusz techniczny, zbuduje nam maszynę do cofania czasu i wyciągniemy zgubę całą i zdrową.

Jezu, pomyślała Fran, to przypomina najgorsze pomysły Ricka Stone’a. Nie, jeszcze gorzej- raczej teksty pisane przez fanów i podsyłane producentom albo publikowane w sieci. W Grissom Street któreś z nich umierało lub bywało uznane za zmarłego średnio raz na trzy tygodnie; ona sama została otruta (i ocalona parę sekund przed śmiercią, bo zdążyli zsyntetyzować odtrutkę), utopiona (i wyciągnięta przez plemię zmutowanych ludzkich istot żyjących pod wodą i trudniących się dobrymi uczynkami), złożona w rytualnej ofierze przez plemię kanibali (i uratowana przy pomocy wzmiankowanej maszyny czasu made by Electra Walker), rozstrzelana za zdradę ludzkości przez tajną spiskową organizację (ale nie trafili), przywiązana do krzesła z bombą pod nogami (ale Steven Trivain rozbroił zapalnik na 0,25 sekundy przed wybuchem), zmieniona w zombie przez obłąkanych wyznawców voodoo (i odmieniona), podrzucona jako przynęta wampirzycy-lesbijce (i przez cały następny odcinek szukali dawcy z jej grupą krwi, aż w końcu sprowadzili z przyszłości jej prawnuczkę), zrzucona z setnego piętra (długa suknia balowa podziałała jak spadochron)- a fani potrafiliby zapewne wymienić jeszcze co najmniej parę innych śmiertelnych wypadków z jej udziałem. Richard uwielbiał takie rozwiązania- a David, Mandy i ich gość najwyraźniej podzielali jego zamiłowanie.

-Mam wam uwierzyć?- zapytała, nie chciała, by jej głos brzmiał tak bezradnie- Po co mam wierzyć… w te wszystkie bzdury?

 

* * *

 

– Chcieli, żebyś im w to uwierzyła?- złość w głosie Chris Jolene pozwala Fran odzyskać poczucie realności choć na moment- Chłopy tak zawsze. No, niechby Tom przyprowadził mi swoją byłą i opowiedział, że to córka Drakuli i należy się jej pomoc! Dałabym mu pomoc! Następne dwa miesiące spałby na kanapie u mamusi! A ta panienka, co ona mówiła?- Chris najwyraźniej skończyła wstępne kazanie na swój ukochany temat i przystąpiła do zasadniczego śledztwa.

– Niewiele- Fran zapadła głębiej w fotel; nad jej głową buczał wentylator, z sąsiedniego pokoiku dobiegały uspokajające, niewyraźne dźwięki muzyki. O tej porze w budynku redakcji nie było niemal nikogo- oprócz osób zostających po godzinach, żeby skończyć pilną robotę. Fran udało się zainteresować przyjaciółkę swoją opowieścią; pod pretekstem pytań do wywiadu z Alzano (legendarna Sprawa Alzano, pomyślała Fran, przejdzie do historii pretekstów)- Ona chyba w ogóle mało mówi. I szczerze mówiąc, nie wygląda najlepiej…

– To znaczy jak?- oczy Chris zabłysły, zwąchała okazję do wyżycia się na rywalce; co prawda była to tylko rywalka jej przyjaciółki… ale tego rodzaju drobne przeszkody nigdy jej nie zniechęcały.

– Jak?- Fran zastanowiła się przez moment- jest… blada, jak po chorobie… jakby długo przebywała w zamknięciu… bez światła.

– Córka Drakuli, nie mówiłam- mruknęła z satysfakcją Chris Jolene- myślisz, że była gdzieś zamknięta… na przykład w wariatkowie?

– Nie przesadzaj- Fran skrzywiła się; smok w jej głowie przeciągnął się leniwie- David mówi, że ona ma amnezję… że nie pamięta ostatnich lat, co się działo.. Zresztą- w jej głosie brzmi więcej pewności, niż w myślach- David twierdzi, że to nie jest jego była.

– Aha- stwierdziła Chris spokojnie- a ty mu wierzysz, Pogratulować głupoty. Co to do cholery znaczy “nie pamięta ostatnich lat”? Skąd twój mąż wie, o której ona wstaje rano? A ta bzdura o tajnych agentach? I przede wszystkim- przypomnij sobie łaskawie, jak to się zaczęło. Ktoś cię straszył, podglądał, podrzucał ci pamiątki, o których wolałaś zapomnieć, prześladował… przecież pamiętam! Byłaś przerażona! Przez moment byłaś w stanie uwierzyć w duchy! Pytanie- po co to robiła i skąd wiedziała, czego się boisz? Albo raczej- od kogo wiedziała? Od kogo, Fran? Pomyśl nad tym- Chris zerwała się z fotela, nerwowym ruchem otwarła szafkę i wyjęła z niej paczkę krakersów; zamknęła drzwiczki nogą i wróciła na miejsce.

Fran machinalnie wzięła do ust ciastko, czuła, jak słowa Chris przechodzą przez nią jak powódź, burząc jej spokój, pozostawiając ciemne ślady wszędzie tam, gdzie doszły. Gałązki ligustru. Richardowy wazonik. Współczucie na ich twarzach, kiedy schylają się nad jej łóżkiem- przed chwilą opowiedziała jasnowłosej policjantce, co z nią robili przez te samotne godziny; te godziny, kiedy ich nie było, bo przecież byli w drodze, próbowali ratować… byli w drodze i byli w tej chacie, w wilgotnym chłodzie, w otaczającym ją zapachu krwi, w śmierci dookoła. Chris Walter zginął zamordowany, zadręczony na moich oczach. David Mitchell pił jego krew z glinianego kubka. David Mitchell, na litość boską… pomyślała o tym, kim musiała wydać się tej młodziutkiej dziewczynie w granatowym mundurze- David Mitchell, krótkie blond włosy, okrągła twarz i szczere niebieskie oczy, uosobienie wszelkich cnót, etatowy pozytywny bohater w tanich filmach z tamtych czasów. Widziałam Mitchella jako potwora; widziałam Schlonsky’ego- był naszym mentorem, opiekunem, obrońcą- posiadającego mnie, byłam bezsilna i ociężała, już nie walczyłam, kiedy David malował krwią znaki na jego nagim ciele. Powietrze mżyło dookoła nas, wybarwiało się w leniwe pasma nieznanych kolorów. Nie mogłam krzyczeć. Richard Stone otworzył drzwi i widziałam nadejście demonów. Lekarz powiedział, że to było zapalenie opon mózgowych; moje zdjęcia były na pierwszych stronach brukowców. Kiedy obudziłam się z tych snów na jawie, byłam już zdrowa; nie chciałam ich widzieć- nikogo- nie przez to, co mi zrobili, wtedy, przez trzy noce i cztery dni; raczej przez to, co ja im zrobiłam. Pamiętam. Ciągle pamiętam. A ona chciała- oni chcieli, mówi głosem Chris Jolene smok w jej głowie- oni chcieli, żebym pamiętała jeszcze lepiej.

-Masz rację- mówi do Chris, bawiąc się machinalnie kawałkiem foliowego opakowania- to wszystko jest cholernie podejrzane. Pojadę do tej ich niby agencji, zobaczymy, co tam w ogóle jest.

– Albo kto- dodaje Chris ponuro; słońce, które wpada przez otwarte nagle drzwi, ma w sobie pierwszy ślad jesieni.

* * *

 

Mandy

 

Trudno uwierzyć, ale Mandy rzeczywiście nie pamięta ostatnich lat.

Pamięta agencję; w tej ostatniej akcji szefowała większej grupie, ale na co dzień- pamięta, pamięta- pracowali we dwoje z Davidem; pamięta, jak się poznali, kiedy przenieśli go do Newtown- panno Martell, to jest David Conway, po socjologii, z pewnymi sukcesami; panie Conway, Dinah Martell, wyszukuje informacje, świetny taktyk, proszę uważać na jej niekonwencjonalne pomysły. Uśmiechnął się wtedy do niej znad kieliszka z szampanem. Nie pamięta, czy pomyślała wtedy, że będzie widzieć nad sobą ten uśmiech przez następne siedem lat. Pamięta, że tamtego dnia, wiedziona impulsem, kazała mu zostać. Słowo “pamiętać” jest teraz kluczem do jej osoby; nie ma nic ważniejszego: pamiętać, pamiętać, pamiętać, przypominać sobie wszystko, cokolwiek może mieć znaczenie, a może też okazać się nic nie znaczącym szczegółem, ślepą uliczką jej umysłu.

Więc przypomina sobie Davida- od tamtej chwili w kuchni coraz lepiej, coraz intensywniej. Jego ulubione potrawy. Sposób, w jaki wydaje polecenia nie znoszącym sprzeciwu tonem. Uspokajający dotyk jego dłoni, kiedy jest pewien, że wszystko będzie dobrze, czyli tak, jak zaplanował. W trzecim dniu po powrocie po raz pierwszy się jej sprzeciwił; w drugim- po raz pierwszy nakazał jej coś zrobić (“Idź do łóżka, masz worki pod oczami”); pierwszego dnia, kiedy stała w kuchni- słowa umykały z jej głowy jak podłoga spod jej stóp- poczuła na twarzy wilgotny ślad jego łez. Czy płakał kiedykolwiek? Nie mogła sobie przypomnieć.

Miał w domu wszystkie jej ulubione płyty. Trzymał w kredensie pudełko zielonej herbaty, choć sam jej nie pił… od dnia mojej śmierci, myśli Mandy, pierwszy raz tymi słowami, od dnia, kiedy umarłam. Pamiętał, co lubię, znał mój numer buta i rozmiar bielizny i chociaż ta miła pani, jego żona, o tym nie wie, pisał o mnie, wiele razy. Moje oczy, moja data urodzenia, moje powiedzonka, dzień, kiedy rzygałam po zatruciu jakimś paskudztwem po pożarze w centrum handlowym, mój lakier do paznokci, mój nos spuchnięty od kataru, mój nieudany romans z żonatym kolegą- skleił pomnik z okruchów mojego życia; stałam się w jego książkach dziesiątkami ludzi, kobiet i mężczyzn, dobrych i złych- ale kiedy czytałam je teraz… kiedy już pamiętam… widziałam siebie, odbitą w nim.

Nie kłamał, nie byliśmy kochankami, ani przez moment; nie sądzę, w myślach Mandy ciepłe pobłażanie, by kiedykolwiek łączyły nas jakieś romantyczne uczucia. Pracowaliśmy razem. Wszystko wynikało z tego faktu- pracowaliśmy ze sobą, a to oznaczało, że byliśmy razem przez dwadzieścia godzin na dobę, czasami więcej.

Tam, w kuchni swego domu, wyniósł ją na powierzchnię z głębokiej wody. Odetchnęła, otwarła oczy; jak ślad ciemności, w której unosiła się od lat, poczuła na policzku dotyk jego łez.

 

* * *

 

Fran szła szybkim krokiem wzdłuż wąskiego korytarza, tonącego w zimnym blasku świetlówek. Ich brzęczenie było jedynym dźwiękiem, naruszającym ciszę budynku. Od kiedy tu weszła, dobrych kilka minut temu, nie spotkała na swej drodze żywego ducha. Wytarty chodnik w abstrakcyjne wzory tłumił jej kroki; nie słyszała nic i nikogo. Nie usłyszała nawet tego chłopaka, wyglądającego zza drzwi, które właśnie minęła.

– Proszę pani!- zawołał czyjś głos w ślad za jej bezgłośnymi krokami- panno Frost!

Odwróciła się; mógł mieć dwadzieścia parę lat. Kiedy my zaczynaliśmy z panną Frost, pomyślała przez moment, on pewnie dopiero zaczynał szkołę.

– Przepraszam- powiedział z uśmiechem- od razu panią poznałem. Mogę w czymś pomóc?

– Owszem- wydawał się uszczęśliwiony samym faktem, że do niego przemówiła- szukam Davida Conwaya… to mój mąż.

Ślad zaskoczenia pojawił w jego spojrzeniu; odwrócił się i krzyknął w głąb korytarza:

– Szefie! Tammy! Tanya!

Tylko nie to, jęknęła Fran bezgłośnie.

Tammy wychyliła się z pokoju, światło odbiło się od zegarka na jej ręce, od pomalowanych na biało paznokci.

– To jest Tamara Keats… agentka Keats… moja szefowa. Ona na pewno wie, gdzie może pani znaleźć a… to znaczy pana Conwaya…

– Już się poznałyśmy- Tammy spojrzała na nią z nieodgadnionym uśmiechem (ślad kpiny? ślad szacunku? ślad współczucia?). Jeżeli szukasz Davida, to jest u siebie. Chodź- znała ten ton, słyszała go- rzadko- w głosie męża- zaprowadzę cię.

– Panno Frost?- po kilku krokach dogonił ją głos tamtego chłopaka- niech się pani nie gniewa, że to mówię… ale uważam panią za najpiękniejszą kobietę na świecie. Była pani moim ideałem…

Tak, pomyślała Fran, ziarnko goryczy kryło się na dnie tych słów, byłam twoim ideałem… przez ostatnie dwadzieścia lat.

Weszły po schodach, wciąż bez słowa; cienka warstwa kurzu stłumiła kolor ścian. W górnym korytarzu te same lampy, te same rzędy drzwi po obu stronach; zza jednych, niczym nie różniących się od pozostałych, dochodzi nagle śmiech Davida. Tammy zatrzymuje się u tych drzwi, stuka w nie raz, drugi, wreszcie otwiera, nie czekając na pozwolenie. Fran wchodzi do pomieszczenia pół kroku za swoją przewodniczką.

Ze ścian pokoju patrzą setki oczu. Fotografie- prawdziwe zdjęcia i gazetowe reprodukcje, kserokopie i komputerowe wydruki. Twarze Mandy; twarze Davida; osoby, których nigdy nie widziała; ona sama i jej koledzy; Chris Walter na zdjęciu zza kulis, odprężony i uśmiechnięty, charakteryzatorka nakłada zielone placki makijażu na jego policzki; Tammy, młodsza o wiele lat?… tak, to nie może być nikt inny; Richard Stone na swoim sławnym zdjęciu, upozowany na Sherlocka Holmesa, z fajeczką i w kraciastej czapce; wnętrze tego samego pokoju, w którym teraz stała; postery ze starych filmów; i jeszcze raz Tricia Frost, tym razem nie w mundurze, a w białej sukni, z dłońmi złożonymi na piersi, jak Śpiąca Królewna w swojej szklanej trumnie… Zdjęcie było z zakończenia drugiego sezonu Grissom Street, pamiętała bardzo dobrze, było lato, ona i Chris byli parą od tygodnia. Pojechali na wybrzeże, tak jak życzył sobie tego Rick- cała historia, jego zdaniem, miała mieć ponury celtycki koloryt. Wiedza Ricka o Celtach, pomyślała Fran, brała się co prawda głównie z horrorów i komiksów o krwawych ofiarach druidów. Tylko że nasz scenariusz nie był o druidach, tylko o duchach- jak połowa odcinków Grissom Street (drugie pół przypadało na Marsjan).

– To była pani najlepsza rola- oczy Tammy spoglądają w to samo zdjęcie- cholera, pamiętam pani dialog nocą na plaży z Kathy O’ Donoghue… do dziś mnie ciarki przechodzą, jak o tym myślę. Nigdy się pani nie bała podczas zdjęć?

Zamilkła, kiedy Fran spojrzała na nią nic nie rozumiejącym wzrokiem.

Nie poznała Davida po krokach, kiedy wreszcie wszedł do pokoju. W ręce miał papierowy kubeczek z kawą, w kieszeniach- przynajmniej na oko- kilka kilogramów zbędnych przedmiotów. Mandy weszła jednocześnie z nim, skinęła Fran głową w niemym geście powitania i usiadła przed ekranem komputera, zanurzając się bez słowa w poszukiwaniach. Tammy zrobiła w stronę Davida jakiś gest, złożyła palce lewej dłoni w zawijaniec nie do podrobienia (i nie do zrozumienia) dla laika, po czym wyszła z pokoju, zostawiając ich troje, Fran wpatrzoną w jasną plamę zdjęcia, Mandy przed komputerem, Davida w drzwiach, pół kroku od wejścia.

Fran podeszła do męża, poczuła gwałtowną chęć, by dotknąć jego policzka; popatrzyła na niego, na jego jasną koszulę- marynarka Davida wisiała przewieszona przez krzesło, Mandy wtulała się w nią, nawet tego nie zauważając. Wydawał się być na swoim miejscu; po raz pierwszy na sekundę dopuściła do siebie myśl o prawdziwości jego opowieści.

– Szukacie czegoś konkretnego?- zapytała.

– Co tu robisz?- odpowiedział.

 

Wyczuwał w niej niewiarę, niewiarę i podejrzliwość. Byliśmy szczęśliwi, pomyślał, bo nie próbowaliśmy wchodzić do zamkniętych pokoi- ani ja do niej, ani ona do mnie. Kiedy teraz tu stoi, usiłując złapać mnie na gorącym uczynku… co ona sobie wyobrażała, idąc tutaj? Moje słowo… zawsze jej wystarczało… a przecież sama nie opowiedziała mi wszystkiego o sobie.

Nie wiedział, dlaczego jej wizyta aż tak wyprowadziła go z równowagi. Byli tu od rana, kilka osób z ich dawnej grupy, część do dziś pracowała dla agencji; aby tu wejść, wystarczyła minuta rozmowy z obecnym szefem; Mandy miała zatrzymać się na parę nocy w apartamencie gościnnym- pamiętał doskonale, sam pomagał urządzać to miejsce: kąt w dawnym laboratorium, materac do spania, kilka skrzynek w charakterze stolika i krzeseł. Sypiał tam dziesiątki razy, ostatni raz… ostatni raz był wtedy; złośliwi opowiadali, że jest najbardziej pożądanym mężczyzną w agencji… od czasu, kiedy jeden z techników zastał ich śpiących na materacu w trójkę, David w środku, Tammy- była wtedy smarkulą przydzieloną Mandy na przeszkolenie- z głową opartą na jego ramieniu jak na poduszce i Mandy z drugiej strony, w podkoszulce i rozpiętych dżinsach. Położyli się nad ranem po czterdziestu godzinach niemal nieprzerwanej pracy; nie miał sił nawet pomyśleć o nich jak o kobietach.

To nieważne wspomnienie, błaha sytuacja bez konsekwencji, wywołuje uśmiech na jego twarzy, uśmiech, który gaśnie powoli, kiedy David odwraca się do żony i spogląda w jej twarz, pełną niepewności i podejrzenia.

– Co to miejsce?- pyta Fran. Jego milczenie, kiedy stał dłuższą chwilę obok niej i patrzył w ścianę z głupią miną, sprawiło, że poczuła się zmęczona i oszukana- I czego tu szukacie? Chcesz się dowiedzieć czegoś o jej przeszłości? Świetnie. Ja też. I to jak najszybciej, David. Jak najszybciej.

Wychodzi, niesiona gniewem, nie słuchając jego odpowiedzi. Chodnik pochłania echo jej kroków.

Cicho, równie cicho jak Fran wyszła, wchodzi do pokoju Tammy. Patrzy na niego łagodnie- dawna uczennica, kiedy ją poznał, była taka młodziutka, teraz już doświadczona, mądra… wiedząca. Bierze go za rękę.

– Możemy pogadać przy robocie?- pyta, prowadząc go w głąb pokoiku.

 

* * *

 

Fran wychodzi z budynku rzekomej agencji niosąc pod powiekami obraz kobiecej twarzy tonącej w zimnym świetle monitora. Jest zła; w głębi jej gardła czai się szloch. Na ciemniejącym niebie ostro odcinają się gałęzie jodły, wyrastającej ze skrawka wątłej trawy przed budynkiem.

Moje zdjęcie na łożu śmierci… pamiętam, oczywiście pamiętam. Kathy O’Donoghue, młoda nauczycielka z nadmorskiej wioski, zamieszana w tajemnicze przypadki na pozór naturalnej śmierci- tylko że ona zawsze wiedziała dokładnie, kto umrze kiedy… i w jakich okolicznościach. Namiętny romans między nią a doktorem Taylorem (vel Chrisem); w nocy Kathy przychodzi po Tricię; na plaży dręczonej sztormem zapowiada jej, że jutro na nią kolej. Tylko że Kathy nie była zabójczynią, to byłoby za proste; była tylko heroldem śmierci, nie samą śmiercią.

Banshee. Jeżeli usłyszysz jej głos nocą, to znaczy, że wkrótce umrzesz. Herold śmierci; albo, jak wymyślili sobie Richard Stone z Davidem Mitchellem- bo Mitchell był pomysłodawcą tego idiotyzmu- jej wróg, ostrzegający ofiary, dający im ostatnią szansę… czasem na ocalenie życia, czasami na pokutę lub naprawienie zła, jakiego się dopuścili. Kathy O’Donoghue była banshee, a Tricię Frost ukąsił wąż w nadmorskim zagajniku; jak zwykle nie było ratunku. Trzeba było dopiero połączonych wysiłków Trivaina i Kathy, żeby wymyślić, jak by ją ocalić (i zajęło im to całe sześć minut plus przerwa na reklamy!); O’Donoghue i Taylor, napojeni wywarem z jemioły, wysłali swe dusze do kraju umarłych w poszukiwaniu Tricii Frost i oczywiście Jim Taylor sprowadził ją z powrotem między żywych- a Kathy- banshee, udręczona życiem, postanowiła na zawsze pozostać w zaświatach.

Trudno uwierzyć, pomyślała, ale Richard & Co. naprawdę skądś brali na to pieniądze. W pokoju mojego męża wisi moje zdjęcie na łożu śmierci… zdjęcie, które jest- musi być!- kluczem do czegoś, czego jeszcze nie wiem, o co nawet nie umiem zapytać. Muszę porozmawiać z Christy Jolene; muszę pojechać do niej, do redakcji czy do domu, nieważne, natychmiast.

 

 

 

* * *

 

– Muszę wiedzieć- jest pewna swego i zasadnicza, pyta o jego osobiste sprawy jak o wynik naukowego eksperymentu- nie gniewaj się, ale muszę.

Nie spytał po co, choć miał to na końcu języka. Fascynowało go to, co obserwował: dziwna zmiana relacji między nimi dwiema- tak jakby Tammy zamieniła się miejscami z dawną mentorką, sama biorąc ją teraz w opiekę.

Huśtała się na krześle, wciąż miała ten sam śmieszny, dziecinny nawyk.

– Tanya- powiedział spokojnie, tak jak powinien mówić do niej jej szef, przełożony (z każdym dniem wchodzę coraz mocniej w rolę, pomyślał)- ja mam żonę. Dobrą żonę- dodał, widząc jej jawnie sceptyczny wyraz twarzy- i jest mi z nią dobrze, naprawdę. Nie sądzę- dodał z nagłym zniecierpliwieniem- żebyś akurat ty mogła o niej cokolwiek powiedzieć, więc proszę cię, daj sobie spokój z komentarzami. A co do Mandy…

A co do Mandy… Wyszła z grobu i stanęła obok niego, w jego własnym domu. Dopiero teraz, po kilku dniach, zaczynał ogarniać umysłem ogrom zmian, jakie jej powrót spowodował i zapewne jeszcze spowoduje. Tamtego wieczoru mógłby zapewne powiedzieć, że te zmiany- na lepsze, na gorsze, na inne- nie dotyczą Fran… że jej osoba stoi z boku, tak jakby one obie, Fran i Mandy, żyły w dwu różnych światach. Dzisiaj… dzisiaj nie był pewien.

– A co do Mandy- dokończył, próbując patrzeć prosto w jej oczy- to akurat ty doskonale znasz relacje, jakie były między nami. Tak?

-Tak- Tammy dalej patrzy na niego z tą irytującą pewnością siebie w oczach- Pamiętam. Ale to nie zmienia faktu…- urwała.

-Dokończ- w głosie Davida ledwie uchwytny ślad niepewności.

-To nie zmienia faktu- teraz ona szuka jego wzroku- że się zmieniłeś i że zachowujesz się inaczej. Inaczej.

Tammy milknie. David ze spuszczoną głową, nie patrząc widzi sekwencje granatowych i szarych kwadratów na chodniku.

-David- dziewczyna zrywa się i chwyta jego dłoń- na litość boską, nie gniewaj się na mnie. Ależ ze mnie kretynka! Widzisz, ja się o nią martwię… Dopiero co ją odzyskaliśmy… i też nie jest taka, jak kiedyś, prawda? I wiesz… ja wszędzie widzę zagrożenia… ale musiałam chyba zarazić się paranoją, żeby bać się ciebie i …

– Masz rację- mówi, przerywając w pół słowa jej tyradę usprawiedliwień- zachowuję się inaczej. I masz rację po raz drugi- to ma jakiś związek z Mandy. Z tym, że wróciła- kiedy już ułożyliśmy swoje życie- ja, ty, wszyscy- bez niej.

Bez niej? Pomyślał o snach, które go odwiedzały w jego samotni w piekiełku; o rozmowach bez słów z postacią o srebrnych oczach. Kiedy przychodziła- teraz pamiętał- miała igiełki lodu na twarzy i szron we włosach, błękitne brwi, błękitne wargi, błękitne rzęsy nad srebrzącymi się źrenicami; czasami uciekał w ciepłe ramiona Fran… ale nie zawsze; wtedy zasypiał w swojej pracowni czekając na nią, by zanurzyć się w przejrzyste lodowcowe jezioro, w jej obecność jak w iskrzącą się zimę. Rozmawiali; rozmawiali, nie mówiąc do siebie ani słowa. W jakiś sposób zawdzięczał jej wszystko, co kiedykolwiek napisał- i nigdy o niej nie mówił, nie myślał nawet, w świetle dnia. Nie należała do dnia, do słońca. Rankiem, po nocy, kiedy o niej śnił, otwierał oczy, patrząc w okno- odpędzając pamięć o snach, tak jak uczyli go w domu odpędzać koszmary minionej nocy. Spójrz w okno, mówiła matka, zaraz po przebudzeniu, a zapomnisz wszystko… cokolwiek to było. I zapominał, do następnego spotkania. Nie pamiętał, czy wiedział wtedy- ale musiał wiedzieć! Lubiła, kiedy opowiadał, zawsze było jej mało zmyślonych, niesamowitych historii, więc jego umysł przywołał ją z nicości, czyniąc z niej narzędzie… pośrednika… muzę. Przyjaciel, którego ciało pożarł ogień tamtego ciemnego dnia newtowneńskiej jesieni, ten przyjaciel wracał do niego w snach w czystej bieli zimy, każącej zaprzeczyć samej możliwości istnienia płomieni… gorąca… popiołu… szarości dymu i odblasku światła latarni na czarnym plastiku worków, czekających cierpliwie na karetkę. Zawdzięczam ci więcej, niż przypuszczasz, myśli.

– Tobie też się nigdy nie śniła?- pyta nagle Tammy, przerywając ciszę, jej głos jest niepewny, drżący- bałam się zasnąć po tym wypadku… ale nigdy nie widziałam tego we śnie… choć czasem chciałam ją zobaczyć… bardzo.

– Myślałem o niej dużo przez te lata- mówi David spokojnie.

Wróciła do tej rozmowy nieco później, po tym jak przekopali się przez kolejne sterty starych papierów, dokumentów, raportów, wszystkiego, co mogłoby rzucić jakieś światło na to, co stało się w domu Everetsonów tamtego dnia… i co mogło dziać się przez następne siedem lat z Dinah Amandą Martell, pełniącą podczas tak zwanej akcji rawetiańskiej obowiązki szefowej grupy V w Agencji Williama Nicholsa.

– David- Tammy podnosi głowę znad kolejnej teczki, na policzku ma smugę kurzu- ona nie mówi, ale jesteś dla niej strasznie ważny; jak nikt. Powiedz mi… proszę, nie gniewaj się… kim ona jest dla ciebie.

Dobre pytanie, myśli David.

– Posłuchaj- może dobrze będzie w końcu to sprecyzować, określić i ująć w słowa- ona była moim najlepszym przyjacielem. Nie wiem, czy ufałem komukolwiek tak jak jej…

Komukolwiek kiedykolwiek, dodaje w myślach, nawet mimo obrazu jaki widzi przed oczyma, kobieta w zielonym kostiumie siedząca za stołem w kuchni ich domu, jej twarz w ukośnych pasach świata i cieni.

– Nie wiem- mówi dalej, Tammy klęcząca na podłodze patrzy wprost na niego, na jasną plamę jego twarzy w półmroku pomieszczenia- nie mam zielonego pojęcia, jakim słowem mogę to nazwać. Ja jej nie kocham. Nigdy jej nie kochałem, ani ona mnie, przecież wiesz. No dobrze, jeżeli chcesz, nazwij to miłością… taką, jaką ma się dla najbliższych, dla rodziny. Była mi najbliższa; pracowaliśmy razem przez kilka lat, spędzaliśmy mnóstwo czasu… rywalizowaliśmy. Byliśmy podobni… czytaliśmy te same książki, chodziliśmy do kina… Żadne z nas nie było wtedy zaangażowane w żaden stały związek- i wiem doskonale, co się o nas mówiło w Agencji. Ale my nigdy nie…

– Ale teraz- pyta Tammy z napięciem- czy teraz jest inaczej?

– Nie. Tak. Nie wiem, nie mam pojęcia- w ciągu tych dni od jej powrotu nie dopuścił do siebie tej myśli- Myślę… że chyba nie.

– Widzę, jak na nią patrzysz, David- w jej głosie nie ma oskarżenia ani wyrzutu, jedyny stwierdzenie faktu, jasne i racjonalne- i myślę, że jednak tak.

– Tammy- David czuje, że musi się bronić przed tym, co dziewczyna próbuje mu zasugerować- ja jej naprawdę nie kocham. Naprawdę. A jeżeli zdaje ci się… że mnie do niej ciągnie… że jej pragnę… nie wiem, czy masz rację. Nie sądzę, żebyś miała. Ja… chcę jej dobra, niczego innego. Chcę jej dać wszystko, cokolwiek mogę i cokolwiek ona zechce ode mnie przyjąć. Kiedy jest się tak blisko… tak bardzo blisko drugiej osoby, jak my byliśmy… jesteśmy…

– Nie mów, jak nie chcesz- przez moment słychać w jej głosie tę samą troskę, co gdy mówi o Mandy.

– Chcę. Jesteś bystra i masz rację, szukałem fizycznego kontaktu z nią, chciałem… chciałem ją przytulić, pocieszyć, uspokoić… poczuć ją znowu przy sobie, żywą i oddychającą… prawdziwą. Chciałem jej coś dać- powtarza- a czasami, kiedy jesteście tak blisko, dzielicie tak wiele, nie zostaje już nic do dania…

– Oprócz siebie- kończy spokojnie Tammy- oprócz własnej bliskości… oprócz tego wszystkiego, co ta bliskość może dać. Tak? To teraz pomyśl, panie autorze – jak ta chęć, to uczucie się twoim zdaniem nazywa?

Zostawia go milczącego, pełnego urazy i sprzeciwu; biedna Frannie, myśli wychodząc, biedna panna Frost.

 

ROZDZIAŁ V

 

Blask światła przesącza siła przesącza się przez zasłony w pokoju Chris; okna jej mieszkania wydawały się Fran latarnią, oznaką bezpieczeństwa… światłami domu. Kiedy zanurzyła się w miękkim fotelu- kubek gorącej herbaty ogrzewał jej nagle zziębnięte dłonie- przez moment miała złudzenie, że nic się nie zmieniło, że po prostu siedzą sobie z przyjaciółką, jak dawniej, że po powrocie w cichym holu swego domu usłyszy Davida stukającego w klawiaturę komputera albo dyskutującego z kotami na temat jakichś swoich ostatnich pomysłów.

– Nie będzie go- Christy popatrzyła na przyjaciółkę i Fran zobaczyła w jej wzroku zrozumienie… i współczucie. Ukłuło ją wspomnienie, ile razy nazywała ją w myślach głupią lalą- Fran, to bez sensu. Ta ich historyjka o… jak mówisz? Agencji Nicholsa? nie trzyma się kupy; o ile wiem, nie ma czegoś takiego w Newtown, przynajmniej ja nigdy o tym nie słyszałam… a jestem dziennikarką szesnaście lat. Zastanawiam się tylko…- zamilkła, powoli sięgnęła po łyżeczkę i wsypała do herbaty następną porcję cukru- O czym to ja mówiłam?

– Zastanawiasz się- powiedziała cierpliwie Fran- nie wiem nad czym.

– Widzisz- telewizor buczał coś do siebie, w pokoju było jasno i ciepło – zawsze miałam Davida za rozsądnego faceta; to nie znaczy, że nie mógł się ni stąd ni zowąd zakochać w jakiejś dawnej znajomej; czort ich tam wie. Ale o ile znam twojego męża… on zawsze był raczej bezpośredni, prawda? I raczej egoistyczny? Myślę, że po prostu by ci powiedział. Bez ogródek, niespecjalnie martwiąc się, jak to zniesiesz. Spójrzmy prawdzie w oczy- po prostu oświadczyłby: odchodzę z inną. Tak? I tak sobie myślę: na cholerę im ta cała maskarada, agencje, detektywi, Marsjanie i cuda… i po co to wszystko, przez co musiałaś przejść, zanim tamta się tu zjawiła? Przecież gdyby było trzeba, można było wszystko załatwić kulturalnie, dać zgodę na rozwód… nie rób takiej zgorszonej miny!- rzuciła ostro do Fran, patrzącej na nią w osłupieniu- a co byś innego zrobiła, gdyby się uparł?! Ale nie. On ci wciska kity o jakichś tajnych bzdurach, za nic nie chce się przyznać, co go z nią łączy, ona się prawie nie odzywa… po prostu zachowują się, jakby mieli po trzynaście lat i wstydzili się przed całym światem! A ta ich wymówka… przecież to jest prosto z telewizji i to z tego twojego kretyńskiego serialu! Nawet niektóre szczegóły jakby się zgadzały! Prywatna tajna agencja powiązana z rządowymi projektami i działaniami, przeznaczona do zadań specjalnych- coś takiego wymyślił ten twój szef, nie? A teraz David próbuje ci wmówić, że to wszystko prawda. Ale posłuchaj- Fran chciała coś powiedzieć, ale przyjaciółka przerwała jej wpół słowa- mogę ci powiedzieć dwie rzeczy. Po pierwsze, chodziłam kiedyś z facetem z jednostki specjalnej i to, co mówisz, ma się nijak do tego, co on opowiadał. A po drugie… nie wiem dlaczego oni to robią. Nie widzę żadnego logicznego powodu, dla którego nie mieliby po prostu rozwiązać tej sprawy tak czy inaczej: chwilowy romans, o którym byś nie wiedziała… albo, jeśli on jest pewien, że chce być z nią, nie z tobą, jasne postawienie sprawy…

– Nie przyjmujesz możliwości- Fran wreszcie udaje się dojść do głosu- że rzeczywiście mogą być po prostu dawnymi przyjaciółmi?

– Nie- mówi Chris i w jej głosie nie ma pociechy- Nie. Nie ma czegoś takiego, Fran. Moim skromnym zdaniem każda przyjaźń mężczyzny i kobiety prędzej czy później kończy się w łóżku… i wierz mi, przeprowadziłam dość eksperymentów, by tego dowieść. Nawet jeżeli twojemu mężowi się zdaje, że to tylko przyjaźń… nawet jeżeli ona też tak myśli… to rzeczywistość bardzo szybko wyprowadzi ich z błędu. Masz ostatnią szansę, Fran- w głosie Chris jest teraz rozkaz, ponaglenie… zachęta- Wracaj do domu – albo jedź z powrotem do tej cholernej agencji – i tym razem pogadaj z Davidem… jeśli tego właśnie chcesz.

 

 

 

* * *

 

Kiedy stanął tamtego dnia u szczytu schodów w Agencji i spojrzał w dół, poczuł się panem tego miejsca: panem wytartych chodników i pasiastego materaca w starym laboratorium, świetlówek i komputerów… panem wszystkich swoich wspomnień, które wiązały się z tym miejscem, myśli, które odpędzał przez minione lata. Gdy tu wrócili- stanęli przed bramą, on sam zawahał się przez moment, ale Mandy pchnęła drzwi i weszła szybkim krokiem do budynku Agencji, mijając głuchą portiernię i idąc korytarzem z wysoko podniesioną głową, tak jak wtedy, dawniej, kiedy otwierały się tu przed nią wszystkie drzwi- poczucie straty spłynęło na niego z siłą, jakiej się nie spodziewał. Na ścianach tego budynku jego pamięć nakreśliła obrazy przyjaciół, pracy, sukcesów i radości, to wszystko, czego stratę- dobrowolną stratę- przyjął jako pokutę w dniach po śmierci kobiety, która szła teraz przed nim, nie zwalniając i nie pozwalając się wyprzedzić, dopóki ktoś nie wychylił się z pokoju, który właśnie minęli.

– Przepraszam państwa!- ktoś ich zawołał, oboje się odwrócili, młodziutka dziewczyna w białej bluzce zaczęła coś mówić, a potem zamilkła, wpatrując się w nich z osłupieniem.

– Moja szefowa… to znaczy agentka Keats… prosiła… proszę wejść…- wskazała w głąb pomieszczenia- ja… zapraszam.

– Dziękujemy- och, jak pamiętał ten ton jej głosu- Tammy prosiła, żebyśmy zaczekali, prawda?

Weszli; Dziewczyna ani na chwilę nie spuszczała z nich oczu, jej wzrok biegał od Mandy do niego, prześlizgiwał się po nich, jakby szukając potwierdzenia niemożliwego podobieństwa.

Niemal z rozbawieniem obserwował, jak onieśmielenie i chęć zachowania milczenia walczą w niej z ciekawością, aż w końcu, dalej nie odrywając od nich wzroku, zadała ciche pytanie:

– Przepraszam… czy państwo… to znaczy… czy państwo są…- i do Mandy, wprost w oczy- pani Martell, prawda?

Skinęła głową w spokojnym, niedbałym potwierdzeniu.

– A pan- teraz zwróciła się wprost do niego- pan musi być Davidem Conwayem.

Uśmiechnął się do niej, do naiwnej pewności siebie w jej słowach, i wzruszył ramionami w geście udawanej rezygnacji.

– Skoro muszę…- zaczął, ale w tej samej chwili otwarły się drzwi i Tammy wpadła do pokoju jak burza z papierami i z teczkami i z kluczami pobrzękującymi we wszystkich kieszeniach.

– Dobrze- zaczęła, zanim jeszcze przekroczyła próg- Annie, proszę przynieść klucz do pokoju 185. David, bądź tak dobry…

– Do pokoju 185?- przerwał jej niepewny głos tej dziewczyny. Tammy odwróciła się w jej stronę, David zobaczył w jej twarzy cień niezadowolenia, nie prawdziwy gniew, raczej demonstrację pozycji, jaką teraz zajmowała.

– 185- powtórzyła z naciskiem- Nie ma pani tego klucza?

– No mam- dziewczyna wyglądała na ciężko przerażoną.

– No to dawaj- Tammy niemal wyrwała jej go z ręki i wymaszerowała z pokoju, energicznym kiwnięciem wskazując im drogę do 185- schody, lampy, rzędy drzwi, droga, którą przechodzili kiedyś z zamkniętymi oczyma.

Teraz, samotny, otoczony zżółkłymi papierami, obsypany miękkim kurzem, był jak najdalszy od triumfu, od radości minionego ranka. Tammy… nie mógł nie podziwiać precyzji i jasności, z jaką wyciągała wnioski i stawiała diagnozy- fałszywe wnioski i złe diagnozy, pomyślał ponuro, nic nie zrozumiała, ani wtedy, ani teraz. Właściwie nie był na nią zły… raczej na siebie, obsesyjnie próbując znaleźć luki w jej rozumowaniu, błędy, które pozwoliłyby potwierdzić to, co czuł intuicyjnie, czego był pewien: że się myliła.

Był tego pewien aż do teraz, do dziś.

Zamyślony, niepewny, dopiero po chwili usłyszał telefon, dzwoniący już od dłuższej chwili, podniósł słuchawkę, powiedział: “Słucham?” i to była Fran.

– O której wrócisz?- zapytała tonem, którego nie cierpiał i odpowiedział jej tym samym:

– Nie mam pojęcia. Może będę spał w Agencji.

– Aha- powiedziała- no to szkoda. Wielka szkoda.

Chciała chyba coś jeszcze powiedzieć- a on sam czuł, że przeciąga strunę, że ryzykuje za bardzo- kiedy nagły impuls, decyzja z tych, które przychodzą w jednej chwili kazała mu odłożyć słuchawkę. Gdyby sekundę później miał powiedzieć, czemu to zrobił, nie wiedziałby.

Poznał ją po cichych krokach na schodach i korytarzu; potem cichutko brzęknęła klamka i weszła Mandy; stanęła w drzwiach- nie podnosił głowy, nie patrzył- i czuł, jak mu się przygląda.

– I co?- zapytał w końcu.

– I nic. Nie mamy szans- w jej głosie nie było ani odrobiny zniechęcenia, z jakim powinna wypowiedzieć te słowa- Tak jak sądziłam, w Agencji nie mają żadnych papierów, które by dotyczyły dalszych losów tej sprawy. Nic, czego nie znamy, oprócz mojego aktu zgonu. Banały. Nie ma nawet protokołu z sekcji.

Mówi z pasją, pomyślał, jak kiedyś, jakby to było jej osobiste niedopatrzenie; rozbawiła go gorliwość w jej słowach.

– Nie przeprowadzono sekcji- zaoponował- skąd miałby się wziąć protokół? Wolałabyś sfałszowany?

Wybuchnęła śmiechem, David po chwili zaczął śmiać się razem z nią i tym wybuchu wspólnej radości zgubił gdzieś pytanie, które przez moment śmiertelnie go przeraziło, pytanie, którego nie zadała: skąd wiedzieliście, że to ja?

– Co robisz wieczorem?- zapytał, kiedy już przestali; Mandy miała zarumienioną twarz, śmiech ożywił jej twarz- Nie chce mi się jechać do domu. Miałabyś coś przeciwko pożyczeniu mi jednego koca? Przespałbym się w składziku, u Tammy…

– Jeśli tam jeszcze jest składzik- rzuciła i znowu zaczęli się śmiać, głupio, radośnie i bez powodu.

 

* * *

 

Zrobili kolację za składkowe fundusze i zjedli ją razem w miejscu zwanym pokoikiem gościnnym – było to po prostu dawne laboratorium, z brudnym oknem, materacem i drewnianymi skrzynkami w rolach krzeseł i stołu. Mijał tydzień od jej powrotu, większość tego czasu spędzili tutaj. Świece paliły się wśród ich dawnych talerzy i kubków, David zrobił sałatkę z selera, Mandy otwarła wino, a teraz siedzieli i snuła się między nimi leniwa rozmowa.

– … nie wydawałeś mi się atrakcyjny- dopiero teraz dociera do niego treść jej słów. Mandy jest rozluźniona, swobodna; w słabym świetle jej oczy wydają się kroplami ciemności pod prostymi kreskami brwi.

– Kiedyś malowałaś paznokcie- rzuca David bez związku, urzeczony nagłym wspomnieniem dłoni biegających po klawiaturze; poruszają się zbyt szybko, by mógł nadążyć za ruchami palców o matowych czarnych paznokciach.

– Miałem cię w głowie przez te wszystkie lata- mówi, sam nie wiedząc: bardziej do niej czy do siebie. Odsunęła talerz na środek stołu, jej ręce obejmują kubek z herbatą. Patrzy na niego… poprzez niego, w coś, co jest daleko, poza zasięgiem. Jest poważna- tak jak dawniej, uśmiecha się rzadko, wąskie wargi lekko rozchylone, włosy niemal pedantycznie upięte, grzywka wyrównana tuż nad linią brwi.

Przez płomień świecy David wpatruje się w nią uporczywie.

– Co?- pyta w końcu Mandy, ze śmiechem- czemu tak patrzysz?

– Jak?- pyta David, czując elektryczny dreszcz w ciele, jakby ta rozmowa naraz zaczęła być czymś innym niż dotąd.

– No tak- machnęła ręką- Dziwnie.

– Sprecyzuj “dziwnie”- wpadł w ton dyskusji z dawnych czasów, kiedy czepianie się słówek stanowiło ich ukochaną rozrywkę; potrafiliśmy, przemknęło przez myśl Davida, doprowadzić wszystkich do czarnej rozpaczy… potrafiliśmy wszystko… jeżeli tylko działaliśmy razem.

-… mnie nie słuchasz- mówiła do niego coś od dłuższej chwili, więc najwyraźniej jego myśli uciekły dalej, niż się spodziewał- Jeżeli jesteś śpiący, chodźmy spać. Jeżeli jesteś BARDZO śpiący, mogę ci odstąpić materac.

– Nie, skąd, wcale nie jestem!- zaprotestował- ale jak chcesz spać, to możemy…

– Takie miałam plany na dzisiaj- przeciągnęła się na zaimprowizowanym krześle- zjeść kolację, iść pod prysznic i do łóżka.

Pachniała jakimiś perfumami, których nie rozpoznawał, trochę, pomyślał, jak…

– Dlaczego pachniesz straganem z owocami?- spytał z niewinną miną.

– To nie jest stragan z owocami, panie Conway…- wyobraził sobie, ile ją kosztowało zachowanie na twarzy tej kamiennej powagi- to tylko moje perfumy z nutą arbuza. Wie pan, co to perfumy? A w ogóle gratuluję- do wszystkiego ma pan takiego nosa?

Ten zapach otacza mnie ze wszystkich stron, uświadomił sobie. Jest w powietrzu tego pokoju, w sprzętach, w świecy, w przestrzeni, która nas dzieli. Niech jej będzie, nuta arbuza- uzupełniona o coś nieuchwytnego, co, przypomniał sobie, zawsze pamiętał- wrażenie, subtelne lecz nie do zapomnienia, jak pieczęć: byłam tu.

– Próbujesz działać na wszystkie zmysły- uśmiechnął się do niej- Jem kolację przyrządzoną twoimi rękami, patrzę- niektórzy wręcz twierdzą, że dziwnie- na ciebie, słucham twojego głosu, dziś jakby mniej skłonnego do wyzywania mnie od najgorszych… i na dodatek kiedy zamknę oczy i zatkam uszy, twoje perfumy nie dają mi spokoju…

– Biedactwo moje- zmartwiła się głośno- mam ci dać buzi, maleństwo, żebyś nie płakał?

– Sam ci dam buzi- mruknął- tam, gdzie zechcę.

– Taak?- znał ten ton, prowokujący i pewny siebie- no to już. Czekam.

Rozsiadła się na skrzynce po jabłkach w prowokacyjnie wystudiowanej pozie: noga założona na nogę, ręce splecione na karku jak parodia lolitki.

Poczekaj, pomyślał David, czując nagły przypływ podniecenia. Zetrę ci z twarzy tę pewność siebie- myślisz, że znasz mnie na tyle, żeby przewidzieć każdą moją reakcję… nmoaj droga? No to poczekaj. Warto zaryzykować, że dostanę w pysk, żeby zobaczyć ten szok na jej twarzy- zachichotał bezgłośnie.

Nie chcę widzieć szoku na jej twarzy, powiedział ktoś jasno i wyraźnie w jego głowie- Chcę jej dotknąć… tak dotknąć, a jeżeli potrzebny jest do tego pretekst… proszę bardzo, niech sobie będzie.

Stanął przed nią, położył dłonie na jej ramionach- czekała z tym samym wyzwaniem w oczach, jakby miał z nią walczyć, a nie… kochać ją, pomyślał, tak to się skończy, tak się miało skończyć od kiedy stanęła w naszej kuchni naprzeciwko mojej żony, przywołana od umarłych i nic, co byśmy zrobili ani powiedzieli, nie mogłoby tego odwrócić. Mam przewagę, pomyślał- Ja już wiem.

Klęka przed nią, wciąż siedzącą na niby-krześle; Mandy ma na sobie czarną bluzkę z głębokim trójkątnym dekoltem; David przyciska twarz do jej piersi i całuje ją, delikatnie, ale wyraźnie sugerując swoje intencje- nie chcę od ciebie niczego, czego ty nie chcesz ode mnie- w zagłębienie między piersiami; czuje bicie jej serca niemal pod swoimi wargami.

– To jest jedno z tych miejsc- mówi wstając i patrząc jej prosto w oczy.

Mandy milczy; spogląda na niego, jej twarz nie wyraża żadnych uczuć- albo wszystkie, jakich mógł oczekiwać, jeszcze niejasne, nieświadome nawet siebie samych. Teraz ona łapie jego wzrok, wytrzymując go bez wahania.

– Masz zamiar wprosić mi się do łóżka?- pyta, splatając dłonie na kolanach.Migotliwe światło świecy ozłaca jej spokojne rysy.

David, spod okna, gdzie stanął przed chwilą, z cienia:

– Nie.

Cisza. Zdecydowane zaprzeczenie- nie wyczuła w jego głosie nawet śladu wahania- zdezorientowało ją na moment.

– Nie mam zamiaru- słyszy głos tego, który jest teraz tylko ciemną sylwetką na tle okna- Choć, jeśli mam być szczery, z rozkoszą zjadłem z tobą kolację… i nie miałbym nic przeciwko towarzyszeniu ci również podczas reszty twoich… wieczornych zajęć.

Prysznic i łóżko z Davidem Conwayem, pomyślała. Z człowiekiem, który zna moje najciemniejsze chwile; którego ja widziałam nago- i byłam widziana- już tyle razy. Zasypiałam wtedy, dawno temu, z jego imieniem na ustach, bo był ostatnią osobą, którą żegnałam wieczorem i pierwszą, która mnie witała rano. Mój partner, gotowy umrzeć za mnie, gotowy dla mnie kłamać; więcej niż przyjaciel, więcej niż brat, moja druga połowa. Wspólna praca, wspólne zainteresowania, rywalizacja skrywająca przyjaźń najgłębszą, jaką poznałam. David. Therem, już pamiętam, skąd się wzięło to przezwisko, szef podał nam kiedyś nowe kody, a Tammy poprzekręcała je po swojemu, czytała miliony książek, przecież ja powiedziałam kiedyś o tobie- publicznie- że jesteś moim najlepszym kumplem i prawdopodobnie najlepszą przyjaciółką. Pamiętam cię- twoje ręce, bliznę na łokciu, sposób, w jaki chodzisz po pokoju, usiłując znaleźć rozwiązanie nierozwiązywalnej sprawy- nie jak kochanka; jak… sprzęt z dzieciństwa, jak blask słońca na porannej szybie, jak szum deszczu w nocy w pustym domu. Te wspomnienia są częścią mnie. Ty jesteś częścią mnie.

Ale najlepszą przyjaciółką? Wątpię.

Musiał coś do niej mówić, może nawet zadać jakieś pytanie, bo cisza w pokoju jest aż ciężka od wyczekiwania. Wyszedł z kąta i stał teraz tuż przed nią, tak, że widziała każde drgnienie jego twarzy.

– Przepraszam- spytała z niewinną miną- mówiłeś coś do mnie? Zamyśliłam się.

Szkoda, że sam się w tej chwili nie widzisz, powiedziała do niego bezgłośnie. Ta mina- urażony, oburzony, pełen zaskoczenia- jak mogła nie słuchać, co JA teraz miałem jej do powiedzenia! “Zamyśliłam się”- teraz się zamyśliła?

– Wybacz- powiedział po chwili, wyczuwała, jak walczy z gniewem i rozczarowaniem- Pójdę już. Do zobaczenia rano.

Rozmawiamy o czymś, co zmieni nas oboje, pomyślała. Siedzimy tu w płomieniu świecy odbitym od lustra i rozmawiamy… ja z Davidem, ja ze sobą, David z sobą… i z Fran, ja z ostatnimi latami, David ze swoją pracą, oboje z agencją, ja z przyszłością, David z przyszłością… oboje z tą przyszłością, która mogłaby być nasza… która będzie nasza. Wśród tylu rozmowach naraz, jak miałam słyszeć twoje pytanie?

Wstaje, zbiera ze stołu talerze i kubki i wkłada je do plastikowej miski; później umyje się to wszystko pod laboratoryjnym kranem w sąsiednim pomieszczeniu. Tak jak przypuszczała, David zdecydowanym ruchem wyjmuje jej miednicę z rąk.

– Znowu mi nie ufasz?- David słyszy prowokujący ton w jej głosie. Nie pozbędziesz się mnie tak łatwo, myśli. Czytam w tobie, kochana, na tyle, żeby wiedzieć, że stąd dzisiaj nie wyjdę. Że w końcu i tak znajdziemy się- gdziekolwiek- razem. Tammy miała rację, miała ją naprawdę- to odkrycie niemal oślepia go na moment, jak obca twarz w lustrze w pustym pokoju; ale jeżeli…- wyobraźnia podsuwa mu możliwy przebieg wydarzeń, jest pewien, że Mandy widzi… musi widzieć… gorączkę w jego krwi- nie będę się wahał. Nic- nic?- moment goryczy, przebłysk kobiety w zieleni siedzącej przy kuchennym stole, uciekający- nic nie mam do stracenia. Jego myśli tańczą wokół jej sylwetki, rejestrują zmiany w tonie wypowiadanych słów, nagłe ruchy, spojrzenia- oznaki nadchodzącej decyzji- podczas gdy jego głos odpowiada spokojnie na jej zaczepki. Jeszcze chwilę, mówi David do Davida, jeszcze wyczekaj, to się stanie, tu, dziś, zaraz…

– Therem- Mandy, nadal z miską- prawie mu ją wyrwała kilka sekund? lat? temu- umiem unieść miskę z naczyniami. Nie potrzebuję do tego mężczyzny- uśmiecha się nagle, ciemna grzywka nadaje jej twarzy wyraz złośliwego chochlika; powtarza własne słowa, nieznacznie, prowokacyjnie je zmieniając- Nie do tego potrzebuję mężczyzny.

Nie ma odpowiedzi, więc ona też milknie, na moment, jakby straciła rezon. Świetlówka na suficie, i tak ciemna, zaczyna migotać gęstym fioletem; dołącza do niej siny płomień świecy na ich stoliku. Na dworze już całkiem ciemno, gdzieś daleko za oknem słychać tramwaj, w tle kapanie wody w zlewie laboratorium za ścianą. Mandy nie patrzy na niego, spogląda we własne pantofle.

– Ja w każdym razie idę pod prysznic- mówi nagle, wskazując na małą kabinę za parawanem; David przypomina sobie, jak wciągali tam Tammy, poparzoną wybuchem w którymś z jej eksperymentów “na granicy bezpieczeństwa, szefie”- Nie próbuj.

Po dłuższej chwili ulitowała się nad jego całkowitym osłupieniem.

– Zrób to- wyjaśniła- albo nie rób. Nie próbuj. I nie udawaj, że nie wiesz, co to ma znaczyć- rzuciła na widok nagłego zrozumienia na jego twarzy. To jak? Idziesz?

Równowaga sił, pomyślał. Równy przeciw równemu. Życie z tą kobietą. Kocham cię, Mandy- powiedział do niej w myślach każdym głosem jaki znał.

– To co?- pyta, przywołując na powrót maskę ironii- pozwól, że ci pomogę.

 

* * *

 

– No widzisz- Chris nie musiała słyszeć rozmowy Fran i Davida, żeby się zorientować w jej przebiegu- nie wraca do domu, tak?

Nie odpowiedziała; pieczołowicie, jak skarb, odłożyła słuchawkę telefonu i wróciła na swój fotel. Nie chcę stąd wstawać nigdy w życiu, pomyślała; sama myśl o wyjściu z tego pokoju pełnego ciepłych cieni napełnia ją leniwą niechęcią. Nic mnie to nie obchodzi, mówi Fran do siebie, w ogóle mnie to nie interesuje, to wszystko.

– Fran?- głos Christy pełen niepokoju- Nie zamierzasz tam pojechać?

Uniosła powieki, popatrzyła na przyjaciółkę, czując, że wypowiedzenie choć jednego słowa wymaga więcej energii, niż jest w stanie z siebie wykrzesać.

– Po co?- wymruczała w końcu, niechętnie- Już tam byłam.

– Dobrze- Fran widziała, jak jej przyjaciółka zrywa się z fotela, zapala jaskrawe światła i narzuca na siebie kurtkę- Rusz tyłek. Jedziemy do tej agencji jak-jej-tam razem. No już, ruszaj się, dziewczyno!

Fran podniosła na nią nic nie rozumiejący wzrok.

– Aha- Chris odwzajemniła jej spojrzenie; przysiadła na oparciu fotela, splatając palce- Czyli nie jedziesz. Wiesz co? Może to i lepiej. Prześpij się, odpocznij, przestań histeryzować- tak, skarbie, właśnie to robisz!- a ja tam pojadę i pogadam z tym twoim chłopem. Daj mi parasolkę, bo swoją gdzieś wrzuciłam i nie mogę znaleźć, okay?

Trzasnęły drzwi, zgrzytnął klucz i Chris wyszła w ciszę wieczoru. Na fotelu, niedbale przerzucony, zostawiła długi wełniany sweter; Fran wyciąga rękę i sięga po niego; owija się jak w kokon, zatopiona w fotelu i zapada w natychmiastowy sen; budzą ją dopiero powrotne kroki przyjaciółki, później, dużo później.

– Fran?- Christy stoi nad nią, wiatr potargał jej krótkie czarne włosy- Wstawaj, pogadamy

 

* * *

 

– Nie- powtarza- Nie widziałam się z Davidem, nie było go, pojechali do jakiegoś archiwum.

Co jest kłamstwem, dodaje w myślach, jego marynarka wisiała na krześle i dam głowę, że słyszałam jego głos… ale o tym to już on powinien ci powiedzieć.

– No więc rozmawiałam tylko z tą Tanyą… tą Mulatką. I ona.. Widzisz- Chris zastanawia się, jak to powiedzieć, jak przekazać Fran to wszystko, czego się dowiedziała; czuje się tak, jakby wciąż jeszcze nie wyszła z zagraconego biura, gdzie wyglądająca na śmiertelnie przerażoną sekretarka o cielęcych oczach podała im kawę w papierowych kubkach. Jeśli w ogóle była to kawa, dodaje z sarkazmem.

Smarkata z dzbankiem wyszła i zostały we dwie: ona i ta dziewczyna w granatowej koszuli, ze starymi bliznami na dłoniach.

– Proszę pani- Chris przeszła do rzeczy, nim tamta zdążyła choćby otworzyć usta- Co to za szopka?

Starannie wystudiowane spojrzenie spod uniesionych brwi.

– Co to za jaja z tą agencją? Pracuję w tym mieście szesnaście lat… jestem dziennikarką… i jak żyję o niczym takim nie słyszałam. Po cholerę pani ich kryje?

Tamta milczy i Chris zaczyna ponosić gniew.

– Słuchaj, nie mówię, że nie mają prawa. Jak David chce, niech ją przeleci, zresztą pewnie właśnie to robi. Jak chce się rozwieść, niech się rozwodzi, nie mój interes. Ale powiedz, po zbója te całe sekrety, kombinowanie, przebieranki i bajki o tajnych agencjach? Ja wiem, że niektórzy bez tego nie mogą… ale to, co wy odstawiacie, to już gruba przesada! I jeszcze jedno- gniew Chris minął, jej głos jest teraz lodowatym szeptem żmii- powiedz mu to ode mnie, jeśli łaska: nie mają prawa robić tego kosztem Fran. To jest czyste draństwo. Wiesz, co ostatnie tygodnie z niej zrobiły? Takie sprawy się załatwia uczciwie, a nie próbując kogoś zastraszyć albo doprowadzić do rozstroju nerwowego. Wiedziałam, że David to skrajny egoista, że gówno go obchodzi poza własną pracą i własnymi ambicjami- możesz mu to powiedzieć- ale nie myślałam, że z niego taki gnojek, żeby wyciągać najgorsze wspomnienia żony i robić z tego przedstawienie dla aktualnej panienki! No, ona też ma swoje za uszami: nie powiem, jestem jej przyjaciółką, ale też jest z niej kawał histeryczki i zaraz się obraża, a jak się zatnie… no to koniec, możesz przepraszać, a ona i tak zapamięta ci to na resztę życia. No ale żeby tak kogoś potraktować? Dzisiaj do niej zadzwonił i po prostu powiedział, że nie wraca do domu na noc. Tak sobie, wiesz? Cześć, żoneczko, wybacz, ale dzisiaj śpię u kochanki, sorry, czekaj ze śniadaniem… nie, no po prostu nie mam słów.

Umilkła, sama trochę zaskoczona swoim wybuchem. Siedząca naprzeciwko kobieta odstawiła kubek z kawą.

– Przepraszam- pyta uprzejmie- W jakiej właściwie sprawie pani przyszła?

Gniew znów płynie w żyłach Christy.

– W sprawie pana Conwaya- odpowiada tak słodko, jak tylko umie- I panny Martell, czy jak ją tam zwał. A przede wszystkim, słoneczko, w sprawie pani Conway, której chyba należy się, kurwa, odrobina prawdy po tych wszystkich bujdach, jakie ostatnio słyszała od męża, jego panienki i od pani… agentko Keats, tak?

– Tak- mówi tamta cicho- Rozumiem. Co do pani przyjaciółki… proszę zrozumieć, ja nic nie mogę zrobić, pani zresztą też nie. A co do agencji i rzekomych kłamstw, jakich się dopuściliśmy wobec pani Conway… Zapewniam panią, że wszystko, co się tu dzieje, jest naprawdę. Tyle mogę powiedzieć.

– Tak?- głos Chris ocieka sarkazmem- Reszta jest zastrzeżona i top secret? I to wszystko dziwnym zbiegiem okoliczności przypomina co do joty kretyński serial, w którym przypadkiem grała pani Conway? Fascynujące.

– Być może- najwyraźniej nie dała wyprowadzić się z równowagi- być może ktoś… zainspirowany czymś… na przykład głupimi serialami na kablówce… założył swoją prywatną fundację… która, powiedzmy, zajmowała się różnymi dziwnymi rzeczami… czasami na przykład współpracowała z policją… i tak dalej, i tak dalej. Co pani na to, panno Jolene?

– Bełkot- stwierdziła Chris sucho- Jeszcze mniej prawdopodobny niż wszystkie poprzednie łgarstwa. Dowody poproszę.

– Nie ma dowodów- kobieta po drugiej stronie stołu uśmiecha się łagodnie- Przynajmniej nie dla… powiedzmy, laików, panno Jolene. Przecież nie jest pani głupia, czytałam pani artykuły, nawiasem mówiąc dużo lepsze niż te pani Conway. Proszę zrozumieć; być może to jest kwestia z głupiego serialu TV, jak pani mówi, ale nie dostanie pani ode mnie nic lepszego niż to: to, co się tu dzieje, to nie pani sprawa. Nie ma pani żadnego upoważnienia- żadnego!- żeby się wtrącać; obojętnie, czy chodzi o agencję… czy o prywatne życie Davida i Mandy. Jak pani chce, proszę wierzyć, że jest pani jedyną prawdziwą osobą, a my wszyscy zeszliśmy z ekranu. A teraz przepraszam, jestem zajęta. Do widzenia. Proszę pozdrowić panią Zunigę.

Kiedy Christy Jolene wychodziła z budynku Agencji Nicholsa, miała mętlik w głowie: wściekła, oburzona, zła podwójnie: za Fran i siebie, wyleciała stamtąd jak oparzona, klnąc w żywy kamień tę antypatyczną babę, z którą rozmawiała, Davida za myślenie rozporkiem, Fran za mazgajstwo i zrzucanie na innych własnych kłopotów… a tę Mandy, to straszydło z krainy koszmaru, za sam fakt, że istniała. Gniew niósł ją biegiem do domu przez deszczowy newtowneński wieczór… gdzie czekała Fran, której teraz trzeba będzie powiedzieć to wszystko, czego się dowiedziała ze słów, których nie powiedziała pani Tanya Keats.

– No więc- zmusza się, by popatrzyć prosto w twarz rozespanej Fran- dowiedziałam się, że nie istnieją żadne tajne agencje, że istnieje tajna Agencja Williama Nicholsa, że nie ma ona nic wspólnego z głupimi serialami w TV, że, owszem, powstała z inspiracji głupimi serialami TV, że w tej nieistniejącej agencji pracował twój mąż, że nikt nic nie wie o przeszłości tej jego panny, że on z nią sypia, że nigdy z nią nie spał, a w ogóle to ona nie żyje i jest pochowana na cmentarzu miejskim w Newtown, nawet widziałam zdjęcie grobu, a cała ta historia jest ściśle tajna. Krótko mówiąc, z tego wszystkiego jestem już całkiem głupia. Aha, kazałam przekazać twojemu mężowi, że z niego kawał gnoja.

W głowie Fran było pełno ciemnych miejsc, z których wyłaził smok i wrzeszczał: nie mówiłem, nie mówiłem, nie mówiłem?! Nie odzywała się; powiedzenie tych słów oznaczałoby przyjęcie ich do wiadomości… a tak, póki nie padły, można będzie jeszcze na chwilę zwinąć się pod swetrem w kąciku fotela i trochę pospać… w miejscu, do którego nie przychodził David, ani duchy spod drzewa, ani wazoniki Ricka pełne ligustrów.

– A poza tym- Chris, bezlitosna, nie da jej zasnąć- podsłuchałam, że oni się jutro wybierają do tego domu, gdzie był twój mąż, jak ta Mandy miała wypadek. Może tam znajdą jakieś dane na jej temat, chociaż po mojemu to się wszystko nie trzyma kupy. Czemu wtedy nie sprawdzili, czy mają właściwego trupa? Jak do cholery wylazła z wybuchu? Zresztą, zdaje się, że cała ta sprawa nie jest na mój rozum. Ale jak chcesz, możemy jutro za nimi pojechać, okay? Pojedziemy, Frannie?

Nie Frannie, pomyślała z nagłą złością i ta złość obudziła ją na chwilę ze snu.

– Pojedziemy- powiedziała.

Choć nie wiem, po co, dodał smok w jej głowie.

– Chris?- zapytała Fran cichutko- Czy mogę zostać u ciebie? Tak strasznie leje… a u mnie w domu będzie tak pusto…

Chris bez słowa pościeliła drugi tapczan; wypiły po jeszcze jednej filiżance herbaty i zasnęły, nic już do siebie nie mówiąc.

Rano, zanim wyszły, zadzwonił telefon Fran. Była w łazience, więc odebrała Chris. Mruknęła “halo?” i usłyszała w słuchawce męski głos, który mgliście pamiętała.

– Frannie?- zapytał głos i Chris szorstko zaprzeczyła.

– Nie może jej pani zawołać?- powiedział ten ktoś, po drugiej stronie- proszę jej powiedzieć, że dzwoni Schlonsky.

– W sprawie wywiadu?- spytała Chris, przechodząc w ton profesjonalnej uprzejmości- Przepraszam, może zadzwoni pan później… dziś po południu?

– Niech ją pani zapyta, czy chce ze mną mówić- nalegał głos.

– Frannie!- ryknęła Chris, chcąc przekrzyczeć wodę w łazience- Fran, chcesz teraz rozmawiać z panem Schlonskym w sprawie wywiadu?

– Nie w sprawie wywiadu- poprawił ją cierpliwie- To nie ma z tym nic wspólnego…

– Franniee!!- Chris wrzasnęła jeszcze raz- Odbierzesz?

– Nie odbierze- stwierdziła po chwili oczekiwania- Mam coś przekazać?

Zastanawiał się przez chwilę; kiedy zaczął mówić, wyczuła w jego głosie wahanie.

– Proszę powiedzieć…- zamilkł na moment, dopiero kiedy rzuciła do słuchawki “halo?”, dodał- niech jej pani powie… że czasami powinna po prostu uwierzyć… pogodzić się z faktem, że mogą zdarzyć się rzeczy, jakie… zdarzyć się nie powinny. Że to nie jej wina… a już na pewno szukanie winnych jest najgorszym wyjściem z sytuacji. Być może… coś się jutro stanie, coś ważnego. Niech jej pani powie: tym razem musi się z tym pogodzić… i błagam, niech jej pani nie wpuści do tego budynku. Proszę.

– Do jakiego budynku?- szepnęła Chris, kompletnie osłupiała- Skąd pan wie?

Kiedy ponownie się odezwał, w jego głosie było coś, co kazało jej po raz pierwszy zwątpić we własny zdrowy rozsądek.

– Christy?- powiedział- Nie wiem, jak ci to powiedzieć, żeby nie zabrzmiało głupio… ale może pora, żebyście uwierzyły w duchy z Grissom Street.

I odłożył słuchawkę.

Chciała natychmiast opowiedzieć Fran o tej rozmowie… ale Fran wyszła z łazienki już ubrana, w kostiumie, pogodna i uśmiechnięta… a potem, w mieście, wśród hałasu na ulicach, uwierzyć w duchy z Grissom Street było trudniej niż kiedykolwiek i- choć sama potem nie rozumiała, jak to się stało- zapomniała o tym na śmierć i przypomniała sobie dopiero, kiedy stały w wąskiej uliczce, mając na oku dom, do którego kilkanaście minut wcześniej weszli David i jego panna… przypomniała sobie w chwili, kiedy podjechała tam już karetka i sanitariusze wynieśli kogoś na noszach, jedną osobę, ale nikt inny nie wyszedł z ciemnych drzwi.

Christy wyskoczyła z wozu i pobiegła w stronę budynku, w ślad za odjeżdżającym ambulansem… ale nie dogoniła go, oczywiście… tylko wysoko, w oknie tego domu, zobaczyła na firance cień mężczyzny o kręconych włosach.

Wolno, czując, że to, co się dzieje, wymknęło się nie tylko z jej rąk, ale z zasięgu jej zdrowego rozsądku, wróciła do samochodu. Fran nie ruszyła się z miejsca; Christy usiadła obok niej, spojrzała na przyjaciółkę, chcąc coś powiedzieć, pocieszyć… rozwiać absurdalne podejrzenia, które ogarnęły ją samą.

Kiedy zobaczyła twarz Fran, prawie krzyknęła.

Oczy Fran Conway były puste; ona sama spała głęboko w źrenicach swego smoka; miała mundur ze swoimi gwiazdkami, gałązki pod głową, a wokół siebie wszystkich umarłych, których kochała.

– O Jezu!- jęknęła Chris, łapiąc za kierownicę i wciskając gaz do dechy.

* * *

 

 

David i Mandy

 

Weszli do tego cichego domu przez podwórze, wąskie i wyłożone kostką; pod ścianami w kamiennych donicach rósł pachnący tytoń i werbena. Na wycieraczce przed drewnianymi drzwiami spał biały kot, jeszcze bielszy na tle zieleni bramy.

David dość mgliście zdawał sobie sprawę, czego właściwie tu szukają; stracili już nadzieję, że dowiedzą się czegokolwiek o minionych siedmiu latach, kiedy… kiedy była martwa, mówi głos Fran w jego głowie, kiedy nie żyła, a ty przez te lata nawet nie wymówiłeś jej imienia. Nie odczuwał już nawet potrzeby, by wiedzieć. To było nieważne… minione; kto by się teraz przejmował dniami, które minęły. Żadne z nich nie powiedziało tego głośno, ale wiedział- i wiedział, że ona wie- po dzisiejszej próbie nie będą już więcej szukać. Po prostu dać się ponieść losowi, pomyślał, popłynąć z falą przypływu, porzucić wszystko, co kochał… odzyskać wszystko, co kochał.

Spogląda na kobietę idącą obok niego, kiedy przechodzą z słonecznego blasku schyłku lata w chłodne wnętrze budynku. Nie wiedziałem, myśli, nie zdawałem sobie sprawy… kiedy odeszłaś, pragnąłem twego powrotu tak bardzo, że wydawało mi się, że zabije mnie własna bezradność. Wróciłaś i zburzyłaś świat wokół mnie; czy w ogóle musiałaś wracać? Miałem cię w głowie przez te wszystkie dni i miesiące, powtarza własne słowa. Miałem cię przy sobie; a cokolwiek miałem oprócz ciebie, spłonęło ostatniej nocy.

Pamięta jak we śnie. Pamięta jej krzyk i ślad łez na własnej twarzy w lustrze. Płakałem przez ciebie z bólu, myśli, i płakałem z radości, dla ciebie, jakbym ciągle był dzieckiem, które nie musi wstydzić się łez. Przebudził się poprzedniej nocy tuż przed świtem, kiedy ptaki krzyczały za oknem i patrzył, jak szare światło poranka powoli wydobywa z ciemności kształt jej ciała. Milczał. Nie próbował jej obudzić. Noc odchodziła z jej włosów, z jej piersi i z ust, lekko rozchylonych snem, przemieniała kochankę z powrotem w postać, którą znał, w Mandy z agencji, która stukała szczupłymi palcami w klawiaturę komputera i parzyła zieloną herbatę w granatowym porcelanowym dzbanuszku; przez moment jakby nie było tego wszystkiego, co się przecież stało, co się działo w pokoju gościnnym agencji od chwili, kiedy wyjął z jej rąk miskę pełną naczyń do umycia i odstawił ją pieczołowicie na stolik pod oknem, brudnym oknem dawnego laboratorium. Była jego; zasnął nad ranem w ramionach nieznanej mu kobiety, obudził się niewiele później u boku przyjaciela.

A potem Mandy otworzyła oczy i przez moment David patrzył w nią jak w niewyraźne lustro, aż oba obrazy połączyły się w jedno i znowu była przyjaciółką, którą znał, z którą był… którą kochał. Jesteś tu znowu, myśli, nieważne dlaczego, nieważne jak. Jesteś; to wystarczy.

Klatka schodowa- wysoka, z barwionymi szybkami w oknach na każdym półpiętrze- prowadzi ich w górę: jedno piętro, drugie, trzecie… wycieraczki przed ciemnymi drzwiami, mleczne lampy, gdzieniegdzie doniczki na parapetach w kolorowym półcieniu… niżej jakieś biura opisane na mosiężnych tabliczkach; na wyższych piętrach ich nazwy zastępują nazwiska mieszkańców. Siedem lat temu, myśli David, w tej kamienicy, w mieszkaniu na ostatnim piętrze, mieszkała ciemnowłosa kobieta, dziennikarka bez sukcesów, z którą podobno sypiał przywódca rawetiańskich separatystów; zresztą sypiał z nią czy nie, jej mieszkanie było jednym z nielicznych miejsc, gdzie z całą pewnością można go było znaleźć. David nigdy tu nie był, ale przecież zna to miejsce. Pilnował podsłuchu- tamtego dnia, tamtego nieważnego, głupiego dnia, o którym nie będzie musiał myśleć nigdy więcej.

Mandy bierze go za rękę, zielony cień kładzie się na jej twarz; impuls każe mu ją przytulić; z zamkniętymi oczyma całuje ją w usta, jej uścisk jest gwałtowny, budzi wspomnienia ubiegłej nocy… to obietnica, myśli David, obiecuję ci, co z tobą zrobię, kiedy stąd wyjdziemy. Delikatnie odsuwa ją od siebie- jest milcząca, przebiega mu przez głowę, strasznie poważna… jakby się bała? Mieszkanie numer 12, ciemnozielone drzwi, Mandy naciska dzwonek i w ciszy słychać odgłos kroków, absurdalnie dalekich, jak w alei lub zamkowej sieni, a nie w mieszkaniu w czynszowej kamienicy. Ktoś idzie w stronę drzwi… długo. A potem cisza, nawet skrzypnięcia klamki.

Mężczyzna, który właśnie otworzył im drzwi, ma koło trzydziestki; jego rude włosy są wciąż gęste, otaczają sympatyczną, jasną twarz; ma na sobie zieloną koszulkę polo. Nie wydaje się zbytnio zaskoczony niespodziewaną wizytą.

– Słucham?- mówi z uśmiechem- państwo w sprawie pokoju?

A widząc kompletne niezrozumienie na twarzy Davida, dodaje:

– Państwo z ogłoszenia? Chciałem zaoferować komuś jeden pokój w mieszkaniu… myślałem…

– Nie- mówi David głośno- mieszkała tu kiedyś nasza… krewna. Wie pan… była dziennikarką. Nie wie pan, dokąd się wyprowadziła?

Co właściwie chcemy znaleźć, myśli.

– A, więc są państwo jej znajomymi- czemu Mandy nic nie mówi, w głowie Davida powoli kiełkuje niepokój- to bardzo dobrze. Bo widzicie, zostało tu po niej trochę papierów… jakieś notatki, kwity, zeszyty zapisane różnymi charakterami pisma… kiedy mi sprzedała to mieszkanie, miała to zabrać… a tak leży to wszystko i zagraca szafkę od lat. Dawno myślałem, żeby to wyrzucić… ale skoro jesteście, może podacie mi adres i wyślę wam to wszystko, okay?

Tak po prostu dostaniemy wszystkie jej papiery. Bez żadnych problemów. Nawet nie zapytał nas o nazwiska. To wszystko jest cholernie dziwne… i w dodatku Mandy…- niepokój Davida rośnie, rzuca cień na wszystkie jego myśli. Za łatwo nam poszło… i gdzie ja już widziałem tego człowieka?

Podaje rudowłosemu adres agencji.

  • Proszę czekać na przesyłkę ode mnie- mówi tamten, zamykając drzwi- dobrze, że pozbędę się kłopotu. Do widzenia.
  • Dziękuję i do widzenia- drzwi zamykają się bezgłośnie, David odwraca się z powrotem w stronę schodów.

Nie ma już schodów. Nie ma okna o kolorowych szybach ani drzwi mieszkania, które przed chwilą zamknęły się za rudowłosym mężczyzną. Powietrze jest jasne, przeraźliwie jaskrawe, jak rozświetlone obcym słońcem. Za jego plecami iskrząca się mgła. Przed nim biel, nieskazitelna biel śniegu, ciągnąca się tak daleko, że wzrok gubi się w niej i już nic nie można zobaczyć. Błękitny lód pod jego stopami; nie jest pewien, czy widzi to naprawdę, ale w oddali, na samej granicy widzenia, z lodowych ścian podnosi się kurzawa srebrzystego śniegu, obłok na bieli nieba. Ten obłok mówi do niego, mówi bez słów. David słyszy myśli, które są lodem pełznącym przez jego żyły. Biel i światło otaczają go dookoła, przesączają się cicho w głąb jego ciała. Srebrny obłok migoce mu w oczach, zmieniając je w zamarznięte sadzawki czerni. Jest cicho; cicho i jasno, coraz jaśniej. Coraz ciszej. David słyszy tylko milknący szum własnej krwi, przeciskającej się leniwie przez lodowe zapory; zimne światło krąży w jego ciele.

– Jeszcze nie teraz- słyszy i nagle może znów widzieć. Jego milcząca towarzyszka stoi przed nim, jakby próbowała go zasłonić przed srebrną zamiecią; jej twarz w igiełkach lodu, błękit na wargach, błękit na powiekach, rozświetlonych śniegiem.

– Jeszcze nie- jej głos jest spokojny i mocny- on zostaje. Ostrzegłam go; jest mój i zostaje tutaj. Znam wszystkie zaklęcia- podnosi głos, gdy obłok otacza ją i już nie widać Mandy, tylko migotanie białego światła- przechytrzyłam cię. On nie umrze, nie dzisiaj, zostaje, zostaje, zostaje. Wróciłam, żeby nie pozwolić mu pójść z tobą.

Kiedy stali z Davidem pod tamtymi drzwiami i ujrzała wyraz jego twarzy, gdy się odwrócił, pamiętała wszystko w jednym nagłym momencie jasności. Swoje życie. Swoją śmierć w ryku płomieni. Bezsłoneczne gałęzie jodły w ogrodzie Fran i zakamarki Davidowego piekiełka, wszystko aż po tamtą noc w kuchni i ślad łez na jego policzkach i powód, dla którego wróciła.

– Nie odejdzie z tobą- powtarza uparcie swoją litanię przekrzykując srebrzącą się ciszę- Miał dzisiaj umrzeć, tak było powiedziane i tak nie będzie. David nie pójdzie za tobą tam, gdzie ja byłam, on zostaje. On zostaje. On…

Śnieg i lód wybuchają wkoło nich wściekłym syczeniem, srebrna kurzawa przykrywa oboje; śnieg jest wężem, przemknęła Davidowi bezsensowna myśl, który nas rozdziela i zabija.

Czucie i cisza przyszły do niego w jednej chwili. Otworzył oczy, przejechał dłońmi po twarzy, ścierając z policzka i skroni krew. Z drzwi naprzeciwko wyjrzała starsza kobieta, bardziej wyczuwał niż słyszał, jak pyta, czy dobrze się czuje, a potem podnosi słuchawkę telefonu i wykręca numer.

Spróbował wstać, upadł i spróbował znowu, aż w końcu zdołał utrzymać się na nogach dość długo, by zobaczyć w kącie ciemny cień, przerażająco nieruchomy.

– Ten pan stracił przytomność- mówił ktoś, kogo nie widział- mógł coś sobie uszkodzić… tak, chyba upadł, zresztą ja nie wiem. Podaję adres…

– Mandy- szepnął pochylając się nad nią; ten szept był jedynym, na co pozwolił jego organizm, choć chciał krzyczeć… płakać- Na litość boską, nie grajmy melodramatu. Drugi raz… nie zniósłbym twojej straty.

Była ciemnym niewyraźnym kształtem na czerni podłogi, jakby umarła, jakby nigdy nie żyła; skończyła się chwila, kiedy ciemność i lód wypuściły ją ze swego domu, by jej droga raz jeszcze skrzyżowała się z drogą Davida.

– Dinah?- David, w płonnej nadziei, dotyka jej lodowatej dłoni.

Jej ręka zadrżała pod jego palcami, a potem Mandy usiadła, przecierając oczy, jak dziecko zbudzone z głębokiego snu.

– Zrobiłaś to dla mnie- mówi David, słowa same cisną się do jego ust- Mandy… ja widziałem.

– Właśnie, że nic nie widziałeś- westchnęła- To nie takie proste. A to, co zdawało ci się, że widzisz… nie przejmuj się, to się zdarza w chwilach zasłabnięcia, wiesz, życie po życiu i te sprawy, możesz o tym poczytać w setkach relacji, rozumiesz? Ale nie martw się, nic ci nie będzie, zresztą lekarze…

– Ja widziałem- powtórzył.

Zamilkła i przez dłuższą chwilę cisza unosiła się wokół nich.

– Idź do domu- powiedziała Mandy nagle- wracaj do domu, David.

  • Odpędziłaś moją śmierć- w jego głosie była siła i pewność- Wiem, co się stało.
  • Miałeś umrzeć – potwierdziła – a ja… ja miałam powody, żeby ci nie pozwolić… Co nie znaczy – nagle jej głos był taki, jaki pamiętał, konkretny, rozkazujący – że idziesz gdziekolwiek ze mną. Ja wracam. Ty…

Nic nie powiedział.

– Przecież mówię – powtórzyła, jakby się z nią kłócił. David milczał dalej, patrzył na nią tylko z uśmiechem, z pewnością widoczną na twarzy.

– I chcesz mimo to?- spytała wreszcie.

– Chcę ciebie- powiedział- obojętnie w jaki sposób.

Nie odpowiedziała; siedziała w kucki, kolorowe światło ożywiało jej włosy i twarz.

– Chcesz mnie- jej głos otworzył przed nimi drzwi w ciemność- Dlaczego, cholera, zawsze wiesz, co powiedzieć?

Wstał i podał jej dłoń, wciąż nic nie mówiąc; Mandy podniosła się i poszli powoli w głąb pomieszczenia, w ulewę newtowneńskiej jesieni w ogrodzie czarnych drzew, zostawiając za sobą blask podsłonecznego świata.

 

K O N I E C

Kęty, 1996-1998

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s